Ribe
Warta wspomnienia była z pewnością wycieczka do malowniczego miasteczka Ribe. Położone ono jest w południowo-zachodniej Jutlandii. Uważane za najstarsze duńskie miasto.
Jak to zwykle bywa z naszymi wycieczkami – postanowiliśmy zabrać Artyoma i Annelien, co by to raźniej i sympatyczniej było. Sarkazm Art’a i umuzykalnienie Annelien – tak, tego nam trzeba było. Supercalifragilisticexpialidocious rozbrzmiewało z głośników Annelinowego macbooka.
Wycieczka do Ribe kojarzy mi się jeszcze na dzień dzisiejszy z pierwszym użyciem nawigacji w iPhonie. Hmm ale teraz pytanie – czy były to pozytywne wrażenia, czy nie … Whatever.
Po dojechaniu na miejsce… Albo inaczej!
Po znalezieniu wolnego miejsca parkingowego udaliśmy się w stronę centrum. Jako, że był to grudzień, ale śniegu ani śladu nie było, to mróz jednak dał się we znaki.
Przedświąteczny nastrój miasteczka urzekł nas wszystkich w jednakowym – olbrzymim stopniu.




Przemierzając Ribe wzdłuż i wszerz natknęliśmy się na najstarszy w Danii kościół. Ściśle mówiąc była to katedra.
Tuż obok stał pomnik (i teraz pytanie – kogo …) – w którym urzekło nas zamiłowanie do taniego Slotsa (duńskiego piwa, spożywanego w znacznych ilościach). Oczywiście towarzysze podróży ciekawi byli co kryje wnętrze szaty owego Pana, toteż bezwstydnie
zaglądali gdzie się da.

Wnętrze budowli kryło zabytkowe, imponujące rekwizyty, które pamiętały jeszcze smoki



Mieliśmy również możliwość zobaczenia panoramy miasta z wieży tej katedry. Mieliśmy szczęście, gdyż po kilku minutach spędzonych na dachu wyszło słońce, które rozświetliło ponure widoki.
Co ciekawe – po zbadaniu spróchniałej deski na dachu, stwiedziłem, że można ją lekko unieść i zobaczyć co jest pod nią. No co? Nie bylibyście ciekawi co może się znajdować pod czymś takim?
Ku mojemu zdzwieniu znalazłem tam …….. Piłeczkę golfową!
Wtf? To te smoki jednak w golfa grały!

Kolejną niespodzianką były lusterka szpiegowskie umieszczone niemal w każdym oknie, które mieliśmy okazje zauważyć przemierzając kolejne to dzielnice Ribe. Jednak ludzie tutaj też są wśibscy

Jedno trzeba Danii przyznać… Trawniki są zielone nawet zimą! Niesamowite! Dzięki temu nasyconem kolorowi poczuliśmy się jak w środku lata.

Gdy Artyom i Patrycja kłócili się o to, co lepiej zjeść czy burgery czy pizze znaleźliśmy tablicę informacyjną, a na niej informację o wyspie Mando. Podekscytowani postanowiliśmy udać się do miejscowego punktu informacyjnego i zapytać o co chodzi z tą
wysepką oddaloną parę kilometrów od brzegu Ribe.
Okazało sie, że na wyspę można dotrzeć jak nie ma przypływu, a że mieliśmy szczęście akurat był odpływ i mieliśmy parę godzin na dotarcie tam.
Zanim tam wyruszyliśmy podniecaliśmy się też czerwonymi koronami drzew.

Oczywiście wybór padł na pizze, toteż po zjedzieniu ogromnej dwu-smakowej pyszności od kolejnego Turka (sic!), zebraliśmy się i ruszyliśmy w stronę Twinga. Swoją drogą to jest niesamowite, że w KAŻDEJ pizzerii pracują ludzie z takich regionów świata jak
Turcja, Afganistan, Irak. Hmm w Polsce na razie tak jest jak chcesz kupić Kebaba.
Po przemierzeniu kilku kilometrów w stronę wybrzeża naszym oczom ukazała się ścieżka biegnąca przez morze. Odkryliśmy sekret Mojżesza i pełni nowych wrażeń ruszyliśmy Twingusiem wzdłuż drogi.







Jako, że droga w całości składała się z drobnych kamyków – nie mogliśmy jechać szybciej niż 30km/h. Mało zawału nie dostał z 250 razy jak słyszałem odbijające się co krok kamienie. Argh.
Ale warto było. Przeżycie niesamowite.



Trzeba będzie jeszcze namówić kolegę Axela z Belgii, coby to skoczyć tam raz jeszcze jego Land Roverem ^^
Gdy dotarliśmy na Mando oczywiście mieliśmy okazję widzieć zieleń traw otaczających nas niemal dookoła.

Zadecydowaliśmy się ruszyć przed siebie mając na uwadze, że zaniedługo zrobi się ciemno i nieciekawie będzie wyglądł nasz powrót, szczególnie, że wysiadła jedna żarówka w aucie.
Po 10 minutach dotarliśmy do przepięknego miejsca, gdzie znajdował się stary wiatrak. Wogóle cała ta wyspa przypominała szkockie doliny.

Udało nam się także zobaczyć zachód słońca z brzegu wyspy. Niesamowite przeżycie.

Podczas gdy ja próbowałem za wszelką cenę wymienić zapsutą żarówkę, ekipa postanowiła sfotografować okoliczne krowy.

W drodze powrotnej udało nam sie także zobaczyć Czaplę. Jeaaa – czapla na wolności, to jest dopiero coś
Piękne zdjęcia okolicznej natury wzbogaciły nasz fotoalbum i teraz mamy co wspominać.
Warto też nadmienić, że drogę powrotną urozmaiciły nam także przebiegające drogę zające wielkości co najmniej psów
Ach, Ribe … Trzeba tam jeszcze kiedyś powrócić. Koniecznie.
Christmas Party
Nasza szkoła postanowiła zorganizować Światęczną imprezę, toteż zapisaliśmy się i po powrocie z Ribe, 2-godzinnym odpoczynku, udaliśmy się odpicowani na to szaleństwo
Ku naszemu zdziwieniu przywitało nas 2 ochroniarzy, którzy zabronili wnieść kiwowego (czy cokolwiek to było – kupiliśmy tanim kosztem we Flensburgu) likieru, toteż w trójkę – Pat, Art i ja postanowiliśmy nieco opróżnić butelkę, żeby mieć lepszy humor i zamiast wyrzucić – wypiliśmy 3/4. Obrzydlistwo nieziemiskie to było – ale zachowanie, które wspominam tutaj – bezcenne
Czuliśmy się jakbyśmy mieli po 16 lat i się alkoholizowali za szkołą.
Po tym pamiętnym wyczynie weszliśmy i zaskoczeni poszukaliśmy miejsc w których przycupnęliśmy i oczekiwaliśmy na przybycie ludzi … Dlaczego zaskoczeni? Bo …
1. byliśmy jedynymi żyjącymi istotami tam, prócz dj’a.
2. szkolną kantynę przerobili na dancefloor.
3. zapłaciliśmy po 50 koron jak nie więcej, a pieniądze poszły tylko na dj’a i ochronę
Żadnych darmowych trunków.
Po 2-3 godzinach rozkręcania imprezy, piciu przemycanego przez innych alkoholu – impreza nagle się rozkręciła i było pełno ludzi



Ogólnie – było naprawdę zacnie. Pomijając ‘beginning’
ŚNIEG!
“Olaboga” – chciałoby się rzec!
Zaskoczenia nie było końca! W Danii śnieg! Coś niesamowitego dla miejscowych.
Początki zimy były przyjazne dla wszystkim – nawet nie padało zbytnio, tylko zimno było. Ale kiedy spadł śnieg, Danię ogarnęła panika! Ludzie całkowicie nieprzygotowani na śnieg. Auta bez zimowych opon (muahahaha ale byłem sprytny, że zminiłem już w październiku podczas pobytu w Polszy) ślizgały się we wszystkie niemal strony.





Nasza droga do szkoły biegnąca przez las stała się śnieżnym torem przeszkód.


Jest to pierwsza taka zima w Danii od 14 lat. Hmm czyżby pojawiła się razem z naszym przybyciem?
W chwili kiedy piszę te słowa, za oknem już świeci słoneczko i temperatura wzrasta do 4 stopni na plusie. [edit 2 dni później: pogoda tutaj jest naprawdę jak w kalejdoskopie.. znowu zaczął śnieg padać i zimno]
Norwegia
Jeszcze przed świętami udało się wyskoczyć rejsem do Oslo, coby to przez parę godzin pozwiedzać stolicę Norwegii – jednego z najbogatszych państw świata.
Wrażenia? Wow …
Aby tam dotrzeć trzeba porelaksować się na cudnym statku i podziwiać mroźne widoki.
Ogólnie, na pierwszy rzut oka Oslo sprawia wrażenie typowego skandynawskiego dużego miasta, ale po głębszym spenetrowaniu go wzdłuż i wszerz można dostrzec, że nic bardziej mylnego … Nie mamu tu już do czynienia z architekturą, na którą wpływ miał Arne Jacobsen (duński number 1 wśród designerów i projektantów).
Oslo jest jeszcze bardziej ekologiczne, niż wszystkie inne miasta, które miałem okazję zwiedzić. Bogactwo tego miasta jest subtelne i dostrzegalne w detalach. Hmmm czasami te detale przemykają dosyć prędko przed oczami w postaci Posche Panamery.
W niedzielę, w przeciwieństwie do Danii, wszystko jest otwarte od 13,14 do 18. Przynajmniej tak było przed świętami…
Aaaa Mini Coopery na każdym kroku… Aż żal d… ściska
Hmm chciałbym jeszcze tam kiedyś pojechać i móc na spokojnie zobaczyć górskie pejzaże tego kraju. Swoją drogą, mimo że Norwegia jest znacznie większa od Danii, to gęstość zaludnienia w Oslo jest znacznie mniejsza niż w Kopenhadze… Co da się łatwo
zauważyć
Świetny trip.
Foty za niedługo zuploaduję na picassę.
Okres Świąteczno – Noworoczny
Pat wyjechał tydzień przed świętami do Polski. Wybrała opcję “autokarem”, co komentowała gorzkimi komentarzami, z czego wnioskuję, że doświadczenia nie należały do najprzyjemniejszych.
Ja natomiast święta spędziłem w Danii, dzięki czemu miałem okazję przyjrzeć się świątecznym rytuałom panującym w tutejszym społeczeństwie.
Nie odbiega to o 180 stopni od polskich zwyczajów, mimo, że Dania to kraj protestantcki.
Kolacja świąteczna różni się tylko tym, że są inne potrawy (prawie same mięsa w różnych postaciach; czipsy do obiadu (!), itp), nie ma dzielenia opłatkiem, ale przede wszystkim główną atrakcją wieczoru jest oczekiwanie na ryż z migdałami w śmietanie z polewą, którą jest truskawkowy syrop. Pyszność. I tu się zaczyna zabawa. W dużej misce tego swoistego rodzaju “coś ala risotto” znajduje się tylko jeden cały migdał. każdy nabiera sobie do miseczki swoją porcję i ten kto będzie miał migdała – wygrywa nagrodę, którą gospodarze wcześniej przygotowali.
Po kolacji wszyscy zasiadają przy choince i śpiewają duńskie kolendy. Następnie po zakończeniu następuje odpakowanie prezentów.
Nowy rok nie był zbyt fortunnie zaczęty jako, że w planach było spędzenie go z dobrymi znajomymi z Koldingu, ale wyskoczyły problemy zdrowotne ‘drugiej połówki’ i tak też spędziliśmy go w domowym zaciszu. No cóż – ‘nieszczęścia chodzą po ludziach’ jak to zwykło się mówić. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Rok tylko zaczął się niefortunnie. Wcale taki cały nie będzie! Udało się już zdać dwie sesje egzaminacyjne, więc luźno