Styczeń

10 03 2010

Duńskie Examy

Jako, że po sylwestrze mieliśmy tylko 5 dni do egzaminów, na Violvej 10 zagościła chwilowa panika i ‘geek mode’. Zaczęliśmy intensywnie powtarzać wszystko co się da i pakować jak najwięcej informacji do komputera, który oczywiście można mieć ze sobą na egzaminie w Danii. Jedyną restrykcją jest niekorzystanie z zasobów internetu. Easssy.
1. exam – Marketing i Statystyka – statystyka co ciekawe poszła idealnie, dzięki przygotowaniom naszym wspaniałym :) Marketing średnio, bo nie przyuważyłem statystyk na których miałem oprzeć swoją teorię – ale też nie było źle. Łączny wynik – 7.
2. exam – Finanse i Ekonomia – o i ten egzamin był mi najbardziej na rękę. Finanse były trywialne, a ekonomia łatwa do zdefiniowania. Łączny wynik – 10.
3. exam – Komunikacja, Organizacja, Logistyka – też nienajgorzej. 7.
4. exam – Duńskie prawo biznesowe – i tu udało się zdobyć tylko 2. Całe szczęście, że wogóle to zdałem. Masakra…
Zastanawiam się, czy istenieje coś gorszego niż to … ale nic mi na myśl nie przychodzi.

To teraz gwoli ścisłości duńska skala ocen:
-2 – jak polskie 1.
0 – jak polskie 2.
2 – jak polskie 3.
4 – pl: 3,5
7 – pl: 4
10 – pl: 4,5
12 – pl: 5

Tiaaa – poplątane to trochę.

København

W ramach odpoczynku po examach zaplanowaliśmy sobie parodniowy pobyt w Kopenhadze.

Oczywiście stały skład: Pat, Art, Annelien & Moi.

Start – piątek 08.01.2010, ranek (wręcz środek nocy)

Przekroczenie mostu dzielącego Fyn z Sjalland – kosztowało (ok.) 240dkk w jedną stronę. Most zwany: The Store Balt bridge; przejechaliśmy w ponad 20 minut. Długi bardzo.

 

Po przyjeździe zaparkowaliśmy Twingusia tuż obok naszego youth hostelu i poszliśmy szukać „copenhagen card” – która kosztuje zaledwie 200 koron, a dzięki której można zwiedzić niemal wszystko w Kopenhadze za darmo.Także transport, typu bus, metro, pociąg na terenie Kopenhagii jest darmowy, gdy ma się tą kartę.

Jako, że jesteśmy supersprytni, a karta jest tylko ważna jeden dzień postanowiliśmy poczarować trochę.
W puste miejsce, gdzie powinno wpisać się datę, godzinę i imię i nazwisko postnaowiliśmy wpisać dziwnymi cyframi datę naszego przyjazdu, aby później móc z 15-tki zrobić 16-tkę. A godzinę wpisaliśmy 11, coby to i w niedzielę, można było użyć kartę (która jak już wspomniałem była ważna 24 godziny) – toteż zmieniliśmy z 11 na 14, dzięki czemu zobaczyliśmy jeszcze parę rzeczy w niedzielny poranek.

Kopenhaga przywitała billboardem

 

 

Nasz dzień number 1.  w Kopenhadze zaczęliśmy od zwiedzania muzeów.

Na pierwszy ogień poszło „Museum of Modern Art”. 
  

 

Oczywiście i tu możemy zaobserwować ekologiczne wpływy…

 

Kanał, którym zwykle powinny kursować stateczki rejsowe zamarzł … no cóż – zima w końcu.

 

W ciągu pierwszego dnia, biegając niczym szaleni zwiedziliśmy, prócz wyżej wspomnianego, muzea: sztuki, designu, Żydowskie (ale super krzywe ściany były … foto poniżej), jakieś królewskie coś czego nazwy nie pamiętam. Udało nam się także zrobić kilka rundek bezzałogowym metrem mknącym z dosyć sporą prędkością.

 

Niestety nie zdążyliśmy zwiedzić czarnego diamentu, jednego z najsłynniejszych obiektów duńskiej stolicy. Następnym razem będzie na drugim miejscu „must see”, tuż po Tivoli Gardens, które w styczniu jest zamknięte.

Następnego dnia, mimo pewnych sporów „gdzie? jak? po co?” itp. udało nam się dotrzeć do najsłynniejszej duńskiej syrenki, która notabene jest wielkości małego człowieczka.. Troszkę rozczarowanie … Szczególnie, że wiało niemiłosiernie. Zimno było niesamowicie. Wszystko przez nadmorski wiatr, który potęgował ujemną temperaturę.

 

Chcąc przycupnąć gdzieś, gdzie można nabyć gorącą kawę, znaleźliśmy się w muzeum faszyzmu. WTF? Przynajmniej ciepło było … ;)

 

Najbardziej charakterystyczne zestawienie w Kopenhadze – I BIKE CPH. Soooo true…

 

Po lokalnym zwiedzaniu wszystkiego dookoła, dotarliśmy do zatoczki, z której ruszały rejsy poprzez całą niemal stolicę. Postanowiliśmy, kuszeni zniżką karty kopenhaskiej, zakosztować zimowego rejsu, co okazało się najgorszym pomysłem ever. Przez ten boat-trip musiałem rozmrażać się przez 15 minut w muzeum Guinessa, gdzie podziwialiśmy fajowe woskowe odlewy rekordzistów i specjalnie przygotowanych dla odwiedzających rozrywek.

 

 

 

 

Następne w naszej kolejce do obejrzenia i zwiedzenia było (darmowe, dzięki superkarcie) muzeum Andersena.

 

Padając już niemal ze zmęczenia przemierzyliśmy kopenhaskie centrum, dzięki czemu odkryliśmy nocne uroki tego miasta.

 

Przed ostatecznym powrotem do hostelu wstąpiliśmy do kinowej kawiarenki (stylizacja była istnie kinowa) i wypiliśmy po taniej i pysznej gorącej czekoladzie.

 

Późnym wieczorem w ramach urozmaicenia czasu i aktywnego wypoczynku zeszliśmy do podziemi naszego Danhostelu, aby rozegrać w czwórkę kolejny turniej ping-pongowy. Ach, ale frajda była.
Zagraliśmy też w jakąś dziwną grę karcianą, która polegała na brutalnym przykładaniu ręki na karty, co było związane z kolorami i kształtami figur na kartach… Nie pamiętam dokładnie jak się nazywała ta gra, ale z pewnością była wciągająca i męcząca, a potem nauczyliśmy naszych znajomych grać w Makao.

Po kolejnej lodowatej nocy w naszym hostelowym pokoiku, z samego rana wymeldowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku browaru Carlsberga.

Z zewnątrz nie wyglądał imponująco, ale miłą niespodzianką było dostać ulotkę w Polskim języku. Najbardziej rozczarowana była Annelien, bo ze wszystkich 5 języków, którymi władała dostała tylko informację po angielsku ;)

Pomijając setki różnych piw z całego świata, które mieniły się w różnych kolorach za szklanymi gablotkami w całym browarze wart uwagi był cytat widniejący na ścianie:

„Beer is proof that God loves us,
and wants us to be happy.”
Benjamin Franklin

Hmm coś w tym jest ;)
Oczywiście, skorzystaliśmy z okazji i odebraliśmy darmowe piwa, z czego szczęśliwemu kierowcy trafił się ohydny bezalkoholowy Tuborg, bleeeeh.

 

 

Póżniej tylko stop, żeby popodziwiać widoki z wieży w środku miasta i zwiedzenie Carsbergowskiej Glyptoteki. Ponoć Carlsberg z synem wpakowali w nią kupę kasy… Widać … Ale trochę przytłaczające jest zwiedzanie takich olbrzymich powierzchni ;)

 

Drogę powrotną zaplanowaliśmy na niedzielne popołudie, gdyż Artyom miał egzamin w poniedziałek i obibok jeden nie mógł się wcześniej pouczyć, bo on zawsze uczy się w wieczór przed egzamem. Argh!

Projektolandia

Po naszej wycieczce do stolicy Danii, czekały na nas do zrobienia dwa projekty.
Jeden notabene miał deadline przed Nowym Rokiem, ale oczywiście wszyscy olali głupią Maję z HRM’u, toteż nikt się specjalnie nie stresował tym projekcikiem.
Jakkolwiek – zostaliśmy zmuszeni do zrobienia go – co też poczyniliśmy robią to na ‘odwal się’. Argh! Nawet tego przedmiotu nie mieliśmy podpisanego w umowie z uczelniami. Nasza nienawiść do tej kobiety narasta wciąż na samo wspomnienie jej imienia.

Pomyśleć, że kiedyś HRM (zarządzanie zasobami ludzkimi) był moim ulubionym przedmiotem na politechnice…
Kolejny projekt mieliśmy za zadanie zrobić przed naszym wyjazdem do Polski 21.01.2010.
Był to kolejny duży projekt, który polegał na opracowaniu pytania odnośnie firmy Solar produkującej elektroniczne badziewia.
Stwierdziliśmy, że możemy sobie popracować nad takim tematem (nie pamiętam już dokładnie jak to sformułowaliśmy…) Środowisko konkurencyjne solara i jego wpływ na tą firmę w Polsce.
Hmm wszyscy nad tym pracowali tydzien, a my usiedlismy i zrobilismy te kilkanascie stron w jeden dzien, po czym oddalismy projekt i mielismy jeszcze pare dni na poleniuchowanie przed wyjazdem.
Calkiem, calkiem pozytywnie :)

Pożegnania

Wszystkim zdążylismy zakomunikować, że już na stałe wyjeżdżamy… Najbardziej przykro było naszym sąsiadkom z Belgii .. Mało się nie popłakały. Tak nam smutno było, że na imprezie pożegnalnej w Down Under – szkolnym pubie, mieliśmy jeszcze okazję do zastanowienia się troszkę nad tym wszystkim.
Następnego dnia – było to 2 dni przed wyjazdem do Polski – kiedy to już zdążylismy wszystkich przygotować na nasz wyjazd (i co więcej! oddać te cholernie ciężkie książki do biura), do Patrycji zadzwoniła mama i przekonała ją, że warto zostać … Patrycja zaczęła się wahać i co za tym idzie – zaczęła mnie przekonywać do zostania…
Następnego dnia po moim powrocie od „drugiej połówki” – spontanicznie rzuciłem – „Pat zostajemy” i tak właśnie oto zaczęła się ponownie nasza przygoda z Danią – part 2.
Wiemy o tym bardzo dobrze, że jakbyśmy podjęli inną decyzję – żałowalibyśmy dużo bardziej :)
Hmm dzięki naszej spontanicznej decyzji udało nam się wprosić na pożegnalną kolację do węgierskich koleżanek i co logiczne – dopiero po zjedzeniu boobs’ów z kurczaka (jak to Judith powiedziała) zakumonikowaliśmy im o zostaniu na kolejny semestr.

Polsza

 

Nasza podróż, mimo prognoz, że pogoda ma być niekorzystna na trasie – przebiegła nadspodziewanie szybko i pozytywnie.
Doznałem ponownego szoku kulturowego, tym razem związanego z przybyciem do kraju…

Pierwszy stop – wizyta w tanim, smacznym i niezawodnym KFC. Polski język, polskie pieniądze, polska mentalność – czyli coś czego nie uświadczyłem przez ostatnich parę miesięcy. Przytłoczyło mnie troszkę …
3 tygodnie w Katowicach, 3 tygodnie na zaliczenie studiów dziennych. To zestawienie skutkuje niemiłymi konsekwencjami w postaci, braku czasu na spotkania ze znajomymi, za co ogromnie przepraszam!
Obiecuję poprawić swoje haniebne zachowanie :)

Na całe szczęście, dzięki pomocy Karola S. wszystko poszło zgodnie z planem. (Dzięki Karol! Dude, u rock!) I tak oto jestem na kolejnym semestrze dziennych, yay.

Hmm w sumie myślałem, że podczas tego pobytu będę miał okazję porozmawiać choć z siostrą czy jej dziećmi dłużej niż 15 minut podczas szybkich wizyt, ale najzwyczajniej w świecie się przeliczyłem…

Mówcie co chcecie, ale naprawdę odczuwam kosmiczną różnicę po pobycie w Danii. Ludzie są całkiem inni. W Danii jest brak formalności, biurokracji, która niestety uprzykrza życie.
Straciłem nerwy niejednokrotnie na studiach, czekając na wpis, czy na egzamin. Wykładowcy w Polsce mają Cię gdzieś. Jesteś jednym z miliona nic nieznaczących studentów… To naprawdę przykre, że różnice wyrastające na wyżyny Bóstw i śmiertelników na tym stadium potrafią, aż w takim stopniu człowieka zirytować. Co tym ludziom zależy być nieco milszym, nieco bardziej uprzejmym i traktować studenta choć troszkę jak równego sobie. To też człowiek … Tyle, że młodszy i bez Twojego wykształcenia i doświadczenia, wykładowco.
Dlaczego za granicą (tak, mam tu na myśli Danię, w której studiuję) wykładowca robi co może, aby iść uczniowi na rękę? Przejmuje się jego losami, a gdy ma problem pomaga i szuka wspólnej solucji? Dlaczego biurokracja tutaj jest na tak nikłym stopniu, że prawie jej nie widać? …

Nie chcę przez to powiedzieć, że Dania jest najlepsza i wogóle, bo nie jest. Jest tu dużo rzeczy na które można ponarzekać… Tyle, że nawet jak występują, nie irytują aż tak bardzo jak te w Polsce. Hmm…

Wyjeżdżając, smutno było niesamowicie zostawiać wszystko i wszystkich, do których zdążyło się już przyzwyczaić i przypomnieć jak to było przed wyjazdem. Ale cóż… Grunt to mieć sentymenty pod kontrolą, czyż nie?





Grudzień

10 03 2010

Ribe

Warta wspomnienia była z pewnością wycieczka do malowniczego miasteczka Ribe. Położone ono jest w południowo-zachodniej Jutlandii. Uważane za najstarsze duńskie miasto.
 
Jak to zwykle bywa z naszymi wycieczkami – postanowiliśmy zabrać Artyoma i Annelien, co by to raźniej i sympatyczniej było. Sarkazm Art’a i umuzykalnienie Annelien – tak, tego nam trzeba było. Supercalifragilisticexpialidocious rozbrzmiewało z głośników Annelinowego macbooka.
Wycieczka do Ribe kojarzy mi się jeszcze na dzień dzisiejszy z pierwszym użyciem nawigacji w iPhonie. Hmm ale teraz pytanie – czy były to pozytywne wrażenia, czy nie … Whatever.
 
Po dojechaniu na miejsce… Albo inaczej!
Po znalezieniu wolnego miejsca parkingowego udaliśmy się w stronę centrum. Jako, że był to grudzień, ale śniegu ani śladu nie było, to mróz jednak dał się we znaki.
Przedświąteczny nastrój miasteczka urzekł nas wszystkich w jednakowym – olbrzymim stopniu.
 
 
 
 
 
 
 
Przemierzając Ribe wzdłuż i wszerz natknęliśmy się na najstarszy w Danii kościół. Ściśle mówiąc była to katedra.
Tuż obok stał pomnik (i teraz pytanie – kogo …) – w którym urzekło nas zamiłowanie do taniego Slotsa (duńskiego piwa, spożywanego w znacznych ilościach). Oczywiście towarzysze podróży ciekawi byli co kryje wnętrze szaty owego Pana, toteż bezwstydnie
zaglądali gdzie się da.
 
 
 
Wnętrze budowli kryło zabytkowe, imponujące rekwizyty, które pamiętały jeszcze smoki :)
 
 
 
 
 
Mieliśmy również możliwość zobaczenia panoramy miasta z wieży tej katedry. Mieliśmy szczęście, gdyż po kilku minutach spędzonych na dachu wyszło słońce, które rozświetliło ponure widoki.
Co ciekawe – po zbadaniu spróchniałej deski na dachu, stwiedziłem, że można ją lekko unieść i zobaczyć co jest pod nią. No co? Nie bylibyście ciekawi co może się znajdować pod czymś takim? :D Ku mojemu zdzwieniu znalazłem tam …….. Piłeczkę golfową!
Wtf? To te smoki jednak w golfa grały!
 
 
 
Kolejną niespodzianką były lusterka szpiegowskie umieszczone niemal w każdym oknie, które mieliśmy okazje zauważyć przemierzając kolejne to dzielnice Ribe. Jednak ludzie tutaj też są wśibscy :)
 
 
 
Jedno trzeba Danii przyznać… Trawniki są zielone nawet zimą! Niesamowite! Dzięki temu nasyconem kolorowi poczuliśmy się jak w środku lata.
 
 
 
Gdy Artyom i Patrycja kłócili się o to, co lepiej zjeść czy burgery czy pizze znaleźliśmy tablicę informacyjną, a na niej informację o wyspie Mando. Podekscytowani postanowiliśmy udać się do miejscowego punktu informacyjnego i zapytać o co chodzi z tą
wysepką oddaloną parę kilometrów od brzegu Ribe.
Okazało sie, że na wyspę można dotrzeć jak nie ma przypływu, a że mieliśmy szczęście akurat był odpływ i mieliśmy parę godzin na dotarcie tam.
Zanim tam wyruszyliśmy podniecaliśmy się też czerwonymi koronami drzew.
 
 
 
Oczywiście wybór padł na pizze, toteż po zjedzieniu ogromnej dwu-smakowej pyszności od kolejnego Turka (sic!), zebraliśmy się i ruszyliśmy w stronę Twinga. Swoją drogą to jest niesamowite, że w KAŻDEJ pizzerii pracują ludzie z takich regionów świata jak
Turcja, Afganistan, Irak. Hmm w Polsce na razie tak jest jak chcesz kupić Kebaba.
Po przemierzeniu kilku kilometrów w stronę wybrzeża naszym oczom ukazała się ścieżka biegnąca przez morze. Odkryliśmy sekret Mojżesza i pełni nowych wrażeń ruszyliśmy Twingusiem wzdłuż drogi.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Jako, że droga w całości składała się z drobnych kamyków – nie mogliśmy jechać szybciej niż 30km/h. Mało zawału nie dostał z 250 razy jak słyszałem odbijające się co krok kamienie. Argh.
Ale warto było. Przeżycie niesamowite.
 
 
 
 
 
Trzeba będzie jeszcze namówić kolegę Axela z Belgii, coby to skoczyć tam raz jeszcze jego Land Roverem ^^
Gdy dotarliśmy na Mando oczywiście mieliśmy okazję widzieć zieleń traw otaczających nas niemal dookoła.
 
 
 
Zadecydowaliśmy się ruszyć przed siebie mając na uwadze, że zaniedługo zrobi się ciemno i nieciekawie będzie wyglądł nasz powrót, szczególnie, że wysiadła jedna żarówka w aucie.
 
Po 10 minutach dotarliśmy do przepięknego miejsca, gdzie znajdował się stary wiatrak. Wogóle cała ta wyspa przypominała szkockie doliny.
 
 
 
Udało nam się także zobaczyć zachód słońca z brzegu wyspy. Niesamowite przeżycie.
 
 
 
Podczas gdy ja próbowałem za wszelką cenę wymienić zapsutą żarówkę, ekipa postanowiła sfotografować okoliczne krowy.
 
 
 
W drodze powrotnej udało nam sie także zobaczyć Czaplę. Jeaaa – czapla na wolności, to jest dopiero coś :)
Piękne zdjęcia okolicznej natury wzbogaciły nasz fotoalbum i teraz mamy co wspominać.
Warto też nadmienić, że drogę powrotną urozmaiciły nam także przebiegające drogę zające wielkości co najmniej psów :)
Ach, Ribe … Trzeba tam jeszcze kiedyś powrócić. Koniecznie.

 

Christmas Party

Nasza szkoła postanowiła zorganizować Światęczną imprezę, toteż zapisaliśmy się i po powrocie z Ribe, 2-godzinnym odpoczynku, udaliśmy się odpicowani na to szaleństwo ;)
Ku naszemu zdziwieniu przywitało nas 2 ochroniarzy, którzy zabronili wnieść kiwowego (czy cokolwiek to było – kupiliśmy tanim kosztem we Flensburgu) likieru, toteż w trójkę – Pat, Art i ja postanowiliśmy nieco opróżnić butelkę, żeby mieć lepszy humor i zamiast wyrzucić – wypiliśmy 3/4. Obrzydlistwo nieziemiskie to było – ale zachowanie, które wspominam tutaj – bezcenne :)
Czuliśmy się jakbyśmy mieli po 16 lat i się alkoholizowali za szkołą.
 
Po tym pamiętnym wyczynie weszliśmy i zaskoczeni poszukaliśmy miejsc w których przycupnęliśmy i oczekiwaliśmy na przybycie ludzi … Dlaczego zaskoczeni? Bo …
1. byliśmy jedynymi żyjącymi istotami tam, prócz dj’a.
2. szkolną kantynę przerobili na dancefloor.
3. zapłaciliśmy po 50 koron jak nie więcej, a pieniądze poszły tylko na dj’a i ochronę :( Żadnych darmowych trunków.
 
Po 2-3 godzinach rozkręcania imprezy, piciu przemycanego przez innych alkoholu – impreza nagle się rozkręciła i było pełno ludzi :)
 
 
 
 
 
Ogólnie – było naprawdę zacnie. Pomijając ‘beginning’ :)
 
 

ŚNIEG!

„Olaboga” – chciałoby się rzec!
Zaskoczenia nie było końca! W Danii śnieg! Coś niesamowitego dla miejscowych.
Początki zimy były przyjazne dla wszystkim – nawet nie padało zbytnio, tylko zimno było. Ale kiedy spadł śnieg, Danię ogarnęła panika! Ludzie całkowicie nieprzygotowani na śnieg. Auta bez zimowych opon (muahahaha ale byłem sprytny, że zminiłem już w październiku podczas pobytu w Polszy) ślizgały się we wszystkie niemal strony.
 
 
 
 
 
 
 
 
Nasza droga do szkoły biegnąca przez las stała się śnieżnym torem przeszkód.
 
 
 
 
Jest to pierwsza taka zima w Danii od 14 lat. Hmm czyżby pojawiła się razem z naszym przybyciem? ;)
W chwili kiedy piszę te słowa, za oknem już świeci słoneczko i temperatura wzrasta do 4 stopni na plusie. [edit 2 dni później: pogoda tutaj jest naprawdę jak w kalejdoskopie.. znowu zaczął śnieg padać i zimno] :|
 
 

Norwegia

Jeszcze przed świętami udało się wyskoczyć rejsem do Oslo, coby to przez parę godzin pozwiedzać stolicę Norwegii – jednego z najbogatszych państw świata.
Wrażenia? Wow …
Aby tam dotrzeć trzeba porelaksować się na cudnym statku i podziwiać mroźne widoki.
Ogólnie, na pierwszy rzut oka Oslo sprawia wrażenie typowego skandynawskiego dużego miasta, ale po głębszym spenetrowaniu go wzdłuż i wszerz można dostrzec, że nic bardziej mylnego … Nie mamu tu już do czynienia z architekturą, na którą wpływ miał Arne Jacobsen (duński number 1 wśród designerów i projektantów).
Oslo jest jeszcze bardziej ekologiczne, niż wszystkie inne miasta, które miałem okazję zwiedzić. Bogactwo tego miasta jest subtelne i dostrzegalne w detalach. Hmmm czasami te detale przemykają dosyć prędko przed oczami w postaci Posche Panamery.
W niedzielę, w przeciwieństwie do Danii, wszystko jest otwarte od 13,14 do 18. Przynajmniej tak było przed świętami…
Aaaa Mini Coopery na każdym kroku… Aż żal d… ściska :)
Hmm chciałbym jeszcze tam kiedyś pojechać i móc na spokojnie zobaczyć górskie pejzaże tego kraju. Swoją drogą, mimo że Norwegia jest znacznie większa od Danii, to gęstość zaludnienia w Oslo jest znacznie mniejsza niż w Kopenhadze… Co da się łatwo
zauważyć :)
Świetny trip.
Foty za niedługo zuploaduję na picassę.
 
 

Okres Świąteczno – Noworoczny

Pat wyjechał tydzień przed świętami do Polski. Wybrała opcję „autokarem”, co komentowała gorzkimi komentarzami, z czego wnioskuję, że doświadczenia nie należały do najprzyjemniejszych.
Ja natomiast święta spędziłem w Danii, dzięki czemu miałem okazję przyjrzeć się świątecznym rytuałom panującym w tutejszym społeczeństwie.
Nie odbiega to o 180 stopni od polskich zwyczajów, mimo, że Dania to kraj protestantcki.
Kolacja świąteczna różni się tylko tym, że są inne potrawy (prawie same mięsa w różnych postaciach; czipsy do obiadu (!), itp), nie ma dzielenia opłatkiem, ale przede wszystkim główną atrakcją wieczoru jest oczekiwanie na ryż z migdałami w śmietanie z polewą, którą jest truskawkowy syrop. Pyszność. I tu się zaczyna zabawa. W dużej misce tego swoistego rodzaju „coś ala risotto” znajduje się tylko jeden cały migdał. każdy nabiera sobie do miseczki swoją porcję i ten kto będzie miał migdała – wygrywa nagrodę, którą gospodarze wcześniej przygotowali.
Po kolacji wszyscy zasiadają przy choince i śpiewają duńskie kolendy. Następnie po zakończeniu następuje odpakowanie prezentów.
Nowy rok nie był zbyt fortunnie zaczęty jako, że w planach było spędzenie go z dobrymi znajomymi z Koldingu, ale wyskoczyły problemy zdrowotne ‘drugiej połówki’ i tak też spędziliśmy go w domowym zaciszu. No cóż – ‘nieszczęścia chodzą po ludziach’ jak to zwykło się mówić. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Rok tylko zaczął się niefortunnie. Wcale taki cały nie będzie! Udało się już zdać dwie sesje egzaminacyjne, więc luźno :)




FINALMENTE

10 03 2010
Tak, w końcu udało mi się zmobilizować wewnętrznego lenia do rozruszania kości i tak oto powstaje ten post.
Hmmm nawet nie wiem za bardzo od czego zacząć …
To może od początku.

Wpis zostanie podzielony na kategorie wg miesięcy. Tak więc zaczynamy od grudnia :)





Lenistwo

2 03 2010

To wszystko wina wewnętrznego lenia, że jeszcze tu nic nie napisałem.

Zabieram się za to dzień w dzień! Jak słowo daje! Aaaaa muszę się zmobilizować! Pojutrze jest mój deadline! Możecie mnie trzymać za słowo :)





!

8 12 2009

Brak neta ogranicza relacje… Albo jest wymówką … ;) Niepotrzebne skreślić.

Na dniach postaram się wrzucić coś nowego.

p.s.

Aaaaa Chasey patrzy!!!!





ABCDEF

30 11 2009
Dzień za dniem leci nieubłagalnie. Dosięga momentami jesienna nostalgia. Chwilowo.
Bo szczerze mówiąc, prócz chwilowego rozmyślania nie ma czasu na tego typu ‘rozrywki’ – nie pozwalają szkolne projekty, codzienne obowiązki, czy zwykłe lenistwo.

A.

Abulicznie.
A no bo się nic nie chce.
A powinno. Sterta prania leży na przeciwko i aż się prosi o uprasowanie.
Ale nie! Lepiej obejrzeć House’a. Tak! Przyjemniej!
Aalborg? Może to będzie kolejny cel podróży, bo planowanie Kopenhagii zakończyło się fiaskiem.
A może nawet w sobotę się tam wybierzemy. Coś dawno nigdzie nie byliśmy, toteż najwyższy czas zaplanować dalsze pentrowanie duńskiej mapy. 
 

B.

Bachanalia.
Bawimy się, bawimy. Nie za często – ale nie osiadamy też na laurach.
Bez obaw! Nadchodzą urodzinki dużego kolegi Otta i ponoć moje – to bachanalia koldingowe odżyją.
Bardzo intensywnie spędziliśmy ostatnie dni na przygotowywaniu projektu, a konkretnie na próbach odnalezienia odpowiedzi na pytanie: ‘how the promotion and policy of McDonalds as environmental friendly company can influence on customers behavior?’. Na początku grupa składała się z chorej na Pneumonię Patrycji, mnie i 2 Łotyszy. Ale jako, że byli oni pozbawieni mózgów i myśleli, że odwalimy za nich całą robotę, postanowiłem obwieścić im, że nie będą dłużej w naszym teamie. Parę godzin później znaleźliśmy w ich zastępstwie koleżankę, która jest od nas nieco bardziej doświadczona w marketingowych analizach. Może, dlatego że ma 30-parę lat i niejedną SWOT analizę czy Marketing mix za sobą. Hmm takie luźne gdybanie. 2 dni później zrekrutowaliśmy również duńskiego kolegę, który dorobił kolejne strony i zamiast 10 stron raportu nad którym pracowaliśmy w ciągu tygodnia – mieliśmy wczoraj 17 stron. Skracanie było karkołomne i skończyło się na 15 stronach. Wersja finalna powinna zawierać obszerną bibliografię… Ale cóż – skoro improwizowaliśmy i robiliśmy analizy sami – toteż bibliografia była okrojona. Bardzo.
Behawioralne podejścia do marketingu, agenda setting theory, analiza SWOT, czynniki makro i mikro ekonomiczne, PEST i inne takie…
Brzmi nieźle – ale w praktyce to wątpie czy udało nam się odpowiedzieć na założone przez nas pytanie… Zobaczymy, czy uda się to zaliczyć.. Trzymajcie kciuki – potrzebujemy trochę więcej szczęścia niż zawsze.

C.

Chorobowo.
Cholerne infekcje nas dopadły. Pierwszy na linii odstrzału byłem ja z anginą, którą chwilowo udało się przegonić. Po mnie w szeregu stała Patrycja, która to kaszlała bezustannie od 4-5 tygodni, tj odkąd wróciliśmy z Polski. Toteż ją zapisałem na ‘appointment’ podczas mojej wizyty u lekarza. Nie był to głupi pomysł, bo gdy poszliśmy, żeby ją przebadał – zdiagnozował u niej zapalenie płuc i przepisał jeden lek. Stwierdził też, że po 2-3 tygodniach samo by przeszło. Szok… Mnie natomiast wtedy jeszcze gardło pobolewało i nie byłem pewien czy to co mi wcześniej przepisał było wystarczające… Jak sam zauważył przy oglądaniu gardła – nie wszystko było w porządku, ale skwintował to słowami: „Hmm no tak – nie jest jeszcze zdrowe, ale proponuję żeby wyleczyć to enjoy’owaniem się herbatką w domowym zaciszu”. WTF? Jak podejrzewa kolega Romain (który, notabene, też był pacjentem tego lekarza) – prawdopodobnie dr Jepsen jest handlarzem herbaty, albo ma udziały w jakiejś Tea Company.
Co to się dzieje! O mało włos i stałbym się właścicielem  ”Całkiem nowej kuchenki mikrofalowej” za jedyne 30 koron (15 zł).. Gdyby nie to, że właścicielka nagle zmieniła zdanie… Wrr … Nie ma to jak fejsbukowe zakupy – nawet nie można sprzedawcy wystawić negatywnego komentarza.

D.

Domowe zacisze. Świątecznie jakoś się zrobiło. Kolding tonie w „JULE” napisach (które to oznaczają ŚWIĘTA). I tak też w pimp flacie na Violvej pojawiła się małą choineczka, na zacnym piedestale (poniżej foto). Co więcej!
Dodatkowo zakupiliśmy 2 świeczniki i jak tylko nam się przypomni to zapalamy je. Hmm trzeba tylko pamiętać, żeby je gasić przed spaniem… Co już nie jest takie łatwe. Kolejnym świątecznym urozmaiceniem jest świąteczne piwo, które udało nam się zakupić w ilości 2 boxy x 24 puszki we Flensburgu. Dziwne … Niby nie pijemy, a znika jakoś samo…
Dobrze, że odkryliśmy zależności rządzące tym światem. Mianowicie jak mamy okazję zaobserwować dookoła na przykładzie francuskiego sąsiada – pustak zawsze odnajdzie pustaka i się z nim sparuje. Hmm.
Doliny rozkminy. Nie ma to jak za dużo o czymś myśleć.
Dunolski. Jeaaa kolejna lekcja, kolejne 3 godziny sajgonu i kolejne pranie mózgu. Ciekaw jestem czy kiedykolwiek uda się wymówić coś poprawnie. Nie wiem czy istnieje coś trudniejszego do wymówienia niż duńskie wyrazy…
 

E.

Ekhem, ekhem. Przepraszam bardzo, nie jesteśmy rasistami… Ale scyzoryk się otwiera jak się patrzy na ‘kolegę’ Ch. (celowo nie podam tutaj jego imienia!). Chodzić na siłownie po to, żeby na następny dzień wrzucić zylion zdjęć na facebooka z każdym możliwym przyrządem do ćwiczeń? Smarowanie się taką ilością megaintensywnego kremu, że siedząc w promieniu 3 metrów, można umrzeć w męczarniach? Beznadziejnie głupie pytania, na które odpowiedzi za tak oczywiste, że nie ma po co wogóle pytać? Hmm tak, to w jego stylu. Ale koniec! Bo buddyjska karma o tym usłyszy i los spłata mi figla. Tak tylko chciałem się wyżalić, za nas dwójkę tutaj. Cytując Violettę – (who the fuck is she?!) – pojawiać się i znikać. Jak… Murzyn na pasach. [albo i na naszym zebrowym dywanie]. Takie chwilowe motto.
Ej – wczoraj były Andrzejki i jakoś tak się przegapiło je! Dammit!
Eksperymenty kulinarne – tak! Stajemy się coraz lepsi w przygotowaniu pizzy. Ale to jeszcze nie szczyt naszych możliwości, gdyż ciasto nadal twarde … Może ktoś z czytelników wie, co zrobić żeby baza (ciasto) po wypieczeniu było miękkie, a nie twarde i chrupiące, hm?

F.

Fryzjerowe szaleństwo. Dżizys krajst! Co to za ceny! Nawet w akademii fryzjerskiej, gdzie teoretycznie za próby na klientach nie powinni pobierać zbyt dużych opłat – bo to w końcu eksperymenty – ceny są troszkę kosmiczne. Nie wspominając o normalnych salonach gdzie ceny są conajmniej 2x takie… (rys. poniżej)
 
Fringe. Trochę pomocy ze strony Patrycji, trochę inwencji twórczej i się jakoś grzywkę skróciło, a co! Przecież to tylko włosy – odrosną kiedyś, czyż nie? CZYŻ NIE?! Ale chyba nie jest tak źle …
Frustrujące pytanie? Czy może coś nad czym warto pomyśleć? Co będziesz robić za 10 lat? Myślałeś/aś kiedyś o tym? Bo to pytanie pojawiło się niespodziewanie jakieś 10 minut temu w naszym pimp flacie.
Filozoficzny blog? Chyba mam potrzebę stworzenia czegoś takiego. Internetowego catharsis. Jej.
Fullmoon’owe mrozy.
 
Dzisiaj kończymy na F.
Więcej niebawem.




Ciekowostka

22 11 2009

Info dla ciekawych jak wygląda przykładowy egzamin z ekonomii (który notabene właśnie skończyłem na jutro pisać). O H&M’ie, a co! :)

–> Klik





Listopadowo

17 11 2009

Po niemal 2 tygodniach pora na nowego posta.

Surprise party

Po pierwsze należałoby wspomnieć o urodzinowej niespodziance Patrycji, którą była impreza w Down Under. Organizowaliśmy ją w konspiracji przez kilka dni, toteż trzeba było dołożyć wszelkich starań co by to nie wyszło na jaw gdzie znikam co jakiś czas. Dziewczyny z Węgier zajęły się dekoracją, ja alkoholem i zaproszeniami, a kolega z Belgii transportem wszystkiego.

Niespodzianka była przednia, a zszokowana mina Patrycji bezcenna, hehe. Po odśpiewaniu ‘happy bday’ nastąpiła pora na punkt kulminacyjny wieczoru, którym było „drinking game”. Pokrótce należałoby wyjaśnić zasady tej gry. Polegała ona na tym, że z talii kart leżących na stole wybiera się jedną, której odpowiada zadanie, które gracz ma wypełnić – np zapoczątkować turę w której wymienia się marki samochodów. Jak nie masz pomysłu – pijesz. Jak powiesz „tak”, „nie”, imię gracza, wskażesz na kogoś – pijesz. Nietrudno się zatem domyślić, że po godzinie „Ring of fire” każdy był w radosnym nastroju. Szczególnie solenizantka, która miała takie szczęście, że została wytypowana do wypicia „killer drink’a”, którym był mix wódki, piwa i jakiegoś alkoholowego drinka.

W przerwie na toaletę, niektórzy byli tak rozbawieni, że zaczęli szaleństwa z wózkami supermarketowymi. No dobra, ja też miałem z tego niezłą zabawę, której skutki do dnia dzisiejszego odczuwam. W sumie Patrycja też.. Siniaki jak były, tak są. Zmieniają tylko barwy. Niczym tęcza.

Impreza się udała, a następnego dnia wszyscy zaproszeni nękani byli przez kaca i uczucie pragnienia. Hmm ciekawe czemu…

Jelling

Jakiś czas temu grając w IQ Traveler na finansach natrafiliśmy na tajemnicze miejsce w Danii zwane „Jelling Stones”. Zafrapowani nazwą postanowiliśmy odszukać je w wikipedii. Po krótkiej lekturze i obejrzeniu paru fotografii tamże zamieszczonych, stwierdziliśmy, że to miejsce nadałoby się na kolejny cel podróży. Podjąwszy spontaniczną decyzję w 15 minut byliśmy gotowi. Nawet nasza koleżanka Annelien jakoś tak niespodziewanie szybko nas uraczyła swoją obecnością na hasło „wycieczka”. Po 30 minutach byliśmy w tym sławnym „duńskim Stonehenge”, które niestety rozczarowało. Zamiast robiących wrażenie ogromnych kamiennych obelisków znaleźliśmy parę kamyczków mniejszych od nas. Jedno tylko trzeba przyznać Duńczykom – cmentarze to oni mają pierwsza klasa.

Jak na złość po 10 zdjęciach akumulator aparatu odmówił współpracy, toteż i na nadmiar zdjęć nie możemy narzekać. Jednak nie ma tego złego, co by …

W Jelling postanowiliśmy zjeść pizzę. I to nie byle jaką! Pół kebabowej, pół hawajskiej. Mniaaam. Nie ma nic lepszego niż kebabowa kombinacja :)

Junkyard

W końcu po paru tygodniach polowania udało nam się coś znaleźć! Pierwszy był obraz, który ciężko sprecyzować, poza tym że przedstawia 4 serduszka i coś na kształt czteroosobowej rodzinki. Jak tylko wydobrzeję, wrzucę zdjęcia.

Kolejny był telewizor Nokia. 20 cali – stary, kineskopowy. Znaleźliśmy go w czasie deszczu, gdy odwiedziliśmy to miejsce przypadkiem z francuskim kolegą Romain’em. On też znalazł dla siebie jeden. Hurrra, mamy działający i sprawny telewizor. Teraz tylko trzeba kupić jakiś kabel albo antenę zbiorczą i możemy delektować się duńskimi programami! Yeah

Co prawda nasz pimp flat zrobił się przez to nieco mniejszy i jakoś tak bardziej klaustrofobiczny, ale co tam! Mamy tv!

Urodziny Chasey

Tydzień temu – w piątek 13-tego odbyły się urodziny naszej belgijsko-chińskiej koleżanki. Osiemnastka. Jedzonko pyszne, prezenty oryginalne. Odnośnie prezentu – postanowiliśmy kupić jej w piątkę – papcie z hello kitty, dużego misia, chińskie ciastka z wróżbami oraz wino. Wszystko włożyliśmy i upchaliśmy do dużego kartonu, a pustą przestrzeń wypełniliśmy balonami. Zapomniałbym! Daliśmy też super kartę urodzinową, która po rozłożeniu stała się olbrzymia.

Po 23 postanowiliśmy przenieść imprezę do Down Under, żeby sąsiedzi znowu nie robili problemów. W międzyczasie nasze belgijskie koleżanki Liza i Frankie zdążyły się nieźle upić, a ta pierwsza po znalezieniu pilota od telewizora stała się nałogowcem i chciała kontrolować wszystko nim. Przycisk „0″ służył jako opcja „Shut up”, przycisk „1″ – football, itp. Jedno trzeba przyznać, zabawa była przednia.

Kolega Romain był tak pijany, że kleił się do każdej dziewczyny ;)

Dunolski

2 lekcje duńskiego za mną. Ciekawy język, nie powiem … Wymowa to istna katorga. Swoją drogą to ciekawe doświadczenie – uczyć się nowego języka po angielsku. W grupce mamy koleżankę z Teksasu, co na myśl przywodzi tylko jedno…

Prócz tego jest jeszcze hinduska hakerka, która jest przesympatyczna i zabawna. Do tego towarzystwo Artyoma, który irytuje się co chwilę czymś – bezcenne ;)

Wczoraj się dowiedziałem, że słowo „kiciuś” bo duńsku to „Killing” – urocze, nieprawdaż?


Egzaminy? Angina!

Wczoraj zaczął nam się tydzień „mock exam’ów”. Udało mi się być na jedynym z nich – marketing i statystyka. Egzaminy w Danii wyglądają tak: masz ze sobą notatki, książki i komputer. Możesz korzystać ze wszystkiego, tylko nie z internetu. Teoretycznie. Praktycznie nikt Ci przez ramię nie zagląda. Dostajesz 3 foldery, które musisz opisać swoim numerem CPR. Masz 3 godziny na przeczytanie załączonego tekstu i rozwiązanie Case’ów. Wczorajszy egzamin był o chińskim rynku i o duńskiej firmie Jysk. Natomiast po konsultacji z Patrycją doszedłem do wniosku, że tak naprawdę motywem przewodnim jest „bullshit” ;)

Dzisiaj był egzamin z Ekonomii i finansów, ale niestety nie mogłem na niego się wybrać, gdyż w nocy złapała mnie gorączka i rano miałem 38 z kreskami. Jako, że czułem się jak zwłoki postanowiłem umówić się do lekarza. Na całe szczęście mówił po angielsku. Po krótkim badaniu, a wręcz rzuceniu okiem – przepisał mi dwa antybiotyki na anginę (szit! już brałem jeden przez tydzień na własną rękę!) i ostrzegł przed „diarrhea” – którą wytłumaczył mi w dosyć bezpośredni sposób – „shitting more than usual”. Lol, niezłe podejście.

Jak umrę – to obwińcie duńską służbę medyczną i zagrajcie mi Secret Garden na pogrzebie ;)

Jutro i pojutrze też się raczej nie wybiorę na examy – (COL – communication-organisation-logistics) i czwartkowy Danish Business Law – ojej jaka szkoda. Muszę się podkurować, bo nadchodzi project week, który jest kluczowy w tym roku. Trzeba go zdać.





Halloween

2 11 2009

Nietypowo zaczęliśmy celebrować ten dzień w piątek 30-tego października, jako że wtedy też odbyła się impreza w szkolnym Down Under.

Kreatywność zbierała żniwa na Violvej. Szczególnie pod numerem 10, gdzież to trójka zagranicznych studentów kupiwszy wcześniej farby do twarzy i odpowiednią ilość bandaży pozorowała swoje lica, aby wyglądać strasznie. Och!

Swoją drogą to kupić bandaż w Danii to dopiero wyzwanie! Tak, tak, drogi czytelniku – to nie Polska, w której można po podejściu do okienka kupić dowolny bandaż bez żadnych utrudnień… Tutaj w aptece musisz podejść do maszyny, wziąć bilecik, poczekać na swoją kolejkę, po czym podejść do ‘stoiska’, przy którym obsłuży Cię starsza kobieta, nie mająca  pojęcia o języku angielskim. Ty natomiast w tej chwili starasz się wyjść z siebie i stanąć obok, żeby jej wytłumaczyć o co chodzi. Pomyślisz – spytam jakąś inną farmaceutkę – ‘młodsza, to i pewnie angielski zna’.. I z tym to nie do końca taka sielanka. Pani po 5 minutach wyjaśnień przynosi 3 wyglądające na megadrogie elastyczne bandaże na kończyny. Toteż tłumaczę, że potrzebuję tani szit na halloween.. Ok – takiego tu nie mają – najtańszy jest po 16 koron z materiału gorszego niż gaza wyjałowiona. Konkluzja? Wybierając się na Halloween do Danii, weź ze sobą bandaż. A najlepiej 2 albo 3.

Powracając do tematu – jak już wspomniałem wena nas ogarnęła piątkowego wieczoru, przed wyjściem do klubu. Patrycja jak na zombie przystało ucharakteryzowała się na medal. Wyszło jej to tak naturalnie, że chyba musi to częściej powtarzać. Artyom natomiast dołożył wszelkiego wysiłku aby wyglądać na zranionego pacjenta szpitala psychiatrycznego, kiedy to ja przygotowywałem siebie w „mumijny” sposób.

Aby wspomóc nasze starania postanowiliśmy spożyć „Christmas Beer” . Jako, że dzień ten (30.10) jest świętem w Danii, kiedy to pojawia się w sklepach świąteczne piwo – musieliśmy także uczcić ten fakt. Od teraz zaczną się pojawiać tutaj świąteczne ozdoby, a także ludzie nieco bardziej podchmieleni (gdyż „Christmas” ma aż o 1% więcej alkoholu) niż zwykle ;)

Zwarci i gotowi na szaleńcze imprezowanie wyruszyliśmy przemierzając mroczny lasek, który dzieli nas od szkoły.

Jedno trzeba przyznać, postaraliśmy się tu niemal wszyscy, dzięki czemu w Down Under panowała istnie mroczna atmosfera.

Parę alkoholowych trunków później Patrycja latała dookoła z aparatem fotografując się z wszystkimi bardziej i mniej żywymi ludźmi. W międzyczasie ja wymiatałem w piłkarzyki. Drużyna z węgierską koleżanką Judith, którą tworzyliśmy była tak dobra, że nie było nam równych. Yeah! Pytanie tylko – czemu jestem taki dobry dopiero po kilku piwach … Hmm …

Zdjęć udało się napstrykać z jakieś 400. Te najciekawsze możecie podziwiać -> TUTAJ

Zabawa była przednia, a wspomnienia z niej pozostaną na długo. Z niecierpliwością oczekujemy kolejnych :)

Wracając do domu (nieco wcześniej niż imprezowy zwierz Pat) z belgijskimi znajomymi praktykowaliśmy wampirzo – wschodnio-europejski akcent. Byliśmy nieźle podchmieleni, toteż nasz bełkot był jedyny i niepowtarzalny. Ku naszemu zdziwieniu spostrzegliśmy ni stąd ni zowąd materac i rower tuż obok szkolnego parkingu. Toteż wyskakaliśmy się, powydurnialiśmy, a ja przygarnąłem rowerek, który sobie ot tak leżał, porzucony. Postanowiłem okazać swoją dobroć i zaopiekowałem się nim. Tak wiem, zacne zachowanie. Spróbowałem nim przejechać kilkadziesiąt metrów z eskortą Oliviera, który popychał mnie jak leciałem na którąś ze stron :D

Hmm do teraz mój rowerek spoczywa w piwnicy Lizy i Franczeski, bo nie wiedziałem, która piwnica nasza :D

Oj, oj – nasze bachanalia nie mają końca… Trzeba się w końcu wziąć za naukę ;)

PS.

Parę dni temu zrobiliśmy pizzę! I żyjemy! Kolejna misja zakończona sukcesem.  Podziwiajcie:





Post autorski by Pat „Esbjerg”

25 10 2009

Po dzikiej imprezie Pub Crawl Awards’09, spaniu do południa oraz lenieniu się jak nigdy (:P), zdecydowaliśmy się na coś ambitnego – dalsze zwiedzanie Dani. Zabrawszy ze sobą naszego łotewsko-ruskiego kolegę oraz uwielbianą przez tłumy belgijkę (taka ironia, dla niezaznajomionych z sytuacją) wybraliśmy się do Esbjerg. O tak! To tam jest Morze Północne (o dziwo, brudniejsze niż Bałtyk). Zaczęliśmy jak zwykle od zatoki, wiało – jak to nad morzem. Potem w poszukiwaniu innych atrakcji natknęliśmy się na 4 białasów (zdj. poniżej), którzy to mimo imponujących rozmiarów mieli przeróżne braki anatomiczne :P

Artyom i Filip głównie skupiali się na nie zwracaniu uwagi na ową belgijkę i ignorowaniu jej irytującego zachowania, co swoją drogą było dość zabawne – zobaczyć gotującego się wewnątrz Filipa – bezcenne. No cóż..

Potem poszliśmy na wieżę; jakiś śmieszny chłopczyk wziął od nas po 15 koron za wejście na szczyt (które to miało być worth seeing), pobiegaliśmy po schodach, parę głupich zdjęć i rysunków i w dalszą drogę. Na miasto.

Oczywiście, że jako jesteśmy w Dani, na ulicach nie było nikogo. NIKOGO.

Jak zwykle, głupawka dosięgnęła nas w najmniej oczekiwanym momencie, a na uspokojenie wybraliśmy się do Maca.

Dalej sobie zwiedzaliśmy i takie tam.. w sumie nic nadzwyczajnego.. ale koniec naszej wycieczki przyniósł nam mnóstwo emocji! Cóż to by był za dzień bez przykrych niespodzianek! Oo tak.. otóż Twingo odmówiło posłuszeństwa. ‘How come?’ powiecie.. no cóż.. ‘no one knows’.. ani nie zamrugało, nie zaświeciło, nawet się nie otworzyło.. Filip w ramach paniki oszalał, chciał porzucić wóz i wracać pociągiem (eh faceci szybko się poddają),  ale na nasze szczęście dorwaliśmy jakiegoś pana, który gdzieś zadzwonił i w 15 s (komunikacja w Dani jest niesamowicie szybka) zjawił się inny pan z kablami. I co? Odpaliło :]

Motto na dzisiaj? Extreme situations forced us to extreme solutions.

Ahhh i rada dla zagubionych.. primo: by zapewnić sobie kilka lat życia więcej nie zapoznawaj się z Elien; secundo: nie sugeruj się pomysłami Filipa, gdy ten jest w napadzie paniki.

Dziś na tyle.








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.