Brak neta ogranicza relacje… Albo jest wymówką …
Niepotrzebne skreślić.
Na dniach postaram się wrzucić coś nowego.
p.s.
Aaaaa Chasey patrzy!!!!
Brak neta ogranicza relacje… Albo jest wymówką …
Niepotrzebne skreślić.
Na dniach postaram się wrzucić coś nowego.
p.s.
Aaaaa Chasey patrzy!!!!




Info dla ciekawych jak wygląda przykładowy egzamin z ekonomii (który notabene właśnie skończyłem na jutro pisać). O H&M’ie, a co!
–> Klik
Po niemal 2 tygodniach pora na nowego posta.
Surprise party
Po pierwsze należałoby wspomnieć o urodzinowej niespodziance Patrycji, którą była impreza w Down Under. Organizowaliśmy ją w konspiracji przez kilka dni, toteż trzeba było dołożyć wszelkich starań co by to nie wyszło na jaw gdzie znikam co jakiś czas. Dziewczyny z Węgier zajęły się dekoracją, ja alkoholem i zaproszeniami, a kolega z Belgii transportem wszystkiego.
Niespodzianka była przednia, a zszokowana mina Patrycji bezcenna, hehe. Po odśpiewaniu ‘happy bday’ nastąpiła pora na punkt kulminacyjny wieczoru, którym było “drinking game”. Pokrótce należałoby wyjaśnić zasady tej gry. Polegała ona na tym, że z talii kart leżących na stole wybiera się jedną, której odpowiada zadanie, które gracz ma wypełnić – np zapoczątkować turę w której wymienia się marki samochodów. Jak nie masz pomysłu – pijesz. Jak powiesz “tak”, “nie”, imię gracza, wskażesz na kogoś – pijesz. Nietrudno się zatem domyślić, że po godzinie “Ring of fire” każdy był w radosnym nastroju. Szczególnie solenizantka, która miała takie szczęście, że została wytypowana do wypicia “killer drink’a”, którym był mix wódki, piwa i jakiegoś alkoholowego drinka.

W przerwie na toaletę, niektórzy byli tak rozbawieni, że zaczęli szaleństwa z wózkami supermarketowymi. No dobra, ja też miałem z tego niezłą zabawę, której skutki do dnia dzisiejszego odczuwam. W sumie Patrycja też.. Siniaki jak były, tak są. Zmieniają tylko barwy. Niczym tęcza.

Impreza się udała, a następnego dnia wszyscy zaproszeni nękani byli przez kaca i uczucie pragnienia. Hmm ciekawe czemu…
Jelling
Jakiś czas temu grając w IQ Traveler na finansach natrafiliśmy na tajemnicze miejsce w Danii zwane “Jelling Stones”. Zafrapowani nazwą postanowiliśmy odszukać je w wikipedii. Po krótkiej lekturze i obejrzeniu paru fotografii tamże zamieszczonych, stwierdziliśmy, że to miejsce nadałoby się na kolejny cel podróży. Podjąwszy spontaniczną decyzję w 15 minut byliśmy gotowi. Nawet nasza koleżanka Annelien jakoś tak niespodziewanie szybko nas uraczyła swoją obecnością na hasło “wycieczka”. Po 30 minutach byliśmy w tym sławnym “duńskim Stonehenge”, które niestety rozczarowało. Zamiast robiących wrażenie ogromnych kamiennych obelisków znaleźliśmy parę kamyczków mniejszych od nas. Jedno tylko trzeba przyznać Duńczykom – cmentarze to oni mają pierwsza klasa.



Jak na złość po 10 zdjęciach akumulator aparatu odmówił współpracy, toteż i na nadmiar zdjęć nie możemy narzekać. Jednak nie ma tego złego, co by …
W Jelling postanowiliśmy zjeść pizzę. I to nie byle jaką! Pół kebabowej, pół hawajskiej. Mniaaam. Nie ma nic lepszego niż kebabowa kombinacja
Junkyard
W końcu po paru tygodniach polowania udało nam się coś znaleźć! Pierwszy był obraz, który ciężko sprecyzować, poza tym że przedstawia 4 serduszka i coś na kształt czteroosobowej rodzinki. Jak tylko wydobrzeję, wrzucę zdjęcia.
Kolejny był telewizor Nokia. 20 cali – stary, kineskopowy. Znaleźliśmy go w czasie deszczu, gdy odwiedziliśmy to miejsce przypadkiem z francuskim kolegą Romain’em. On też znalazł dla siebie jeden. Hurrra, mamy działający i sprawny telewizor. Teraz tylko trzeba kupić jakiś kabel albo antenę zbiorczą i możemy delektować się duńskimi programami! Yeah
Co prawda nasz pimp flat zrobił się przez to nieco mniejszy i jakoś tak bardziej klaustrofobiczny, ale co tam! Mamy tv!
Urodziny Chasey
Tydzień temu – w piątek 13-tego odbyły się urodziny naszej belgijsko-chińskiej koleżanki. Osiemnastka. Jedzonko pyszne, prezenty oryginalne. Odnośnie prezentu – postanowiliśmy kupić jej w piątkę – papcie z hello kitty, dużego misia, chińskie ciastka z wróżbami oraz wino. Wszystko włożyliśmy i upchaliśmy do dużego kartonu, a pustą przestrzeń wypełniliśmy balonami. Zapomniałbym! Daliśmy też super kartę urodzinową, która po rozłożeniu stała się olbrzymia.



Po 23 postanowiliśmy przenieść imprezę do Down Under, żeby sąsiedzi znowu nie robili problemów. W międzyczasie nasze belgijskie koleżanki Liza i Frankie zdążyły się nieźle upić, a ta pierwsza po znalezieniu pilota od telewizora stała się nałogowcem i chciała kontrolować wszystko nim. Przycisk “0″ służył jako opcja “Shut up”, przycisk “1″ – football, itp. Jedno trzeba przyznać, zabawa była przednia.
Kolega Romain był tak pijany, że kleił się do każdej dziewczyny
Dunolski
2 lekcje duńskiego za mną. Ciekawy język, nie powiem … Wymowa to istna katorga. Swoją drogą to ciekawe doświadczenie – uczyć się nowego języka po angielsku. W grupce mamy koleżankę z Teksasu, co na myśl przywodzi tylko jedno…
Prócz tego jest jeszcze hinduska hakerka, która jest przesympatyczna i zabawna. Do tego towarzystwo Artyoma, który irytuje się co chwilę czymś – bezcenne
Wczoraj się dowiedziałem, że słowo “kiciuś” bo duńsku to “Killing” – urocze, nieprawdaż?
Egzaminy? Angina!
Wczoraj zaczął nam się tydzień “mock exam’ów”. Udało mi się być na jedynym z nich – marketing i statystyka. Egzaminy w Danii wyglądają tak: masz ze sobą notatki, książki i komputer. Możesz korzystać ze wszystkiego, tylko nie z internetu. Teoretycznie. Praktycznie nikt Ci przez ramię nie zagląda. Dostajesz 3 foldery, które musisz opisać swoim numerem CPR. Masz 3 godziny na przeczytanie załączonego tekstu i rozwiązanie Case’ów. Wczorajszy egzamin był o chińskim rynku i o duńskiej firmie Jysk. Natomiast po konsultacji z Patrycją doszedłem do wniosku, że tak naprawdę motywem przewodnim jest “bullshit”
Dzisiaj był egzamin z Ekonomii i finansów, ale niestety nie mogłem na niego się wybrać, gdyż w nocy złapała mnie gorączka i rano miałem 38 z kreskami. Jako, że czułem się jak zwłoki postanowiłem umówić się do lekarza. Na całe szczęście mówił po angielsku. Po krótkim badaniu, a wręcz rzuceniu okiem – przepisał mi dwa antybiotyki na anginę (szit! już brałem jeden przez tydzień na własną rękę!) i ostrzegł przed “diarrhea” – którą wytłumaczył mi w dosyć bezpośredni sposób – “shitting more than usual”. Lol, niezłe podejście.
Jak umrę – to obwińcie duńską służbę medyczną i zagrajcie mi Secret Garden na pogrzebie
Jutro i pojutrze też się raczej nie wybiorę na examy – (COL – communication-organisation-logistics) i czwartkowy Danish Business Law – ojej jaka szkoda. Muszę się podkurować, bo nadchodzi project week, który jest kluczowy w tym roku. Trzeba go zdać.
Nietypowo zaczęliśmy celebrować ten dzień w piątek 30-tego października, jako że wtedy też odbyła się impreza w szkolnym Down Under.

Kreatywność zbierała żniwa na Violvej. Szczególnie pod numerem 10, gdzież to trójka zagranicznych studentów kupiwszy wcześniej farby do twarzy i odpowiednią ilość bandaży pozorowała swoje lica, aby wyglądać strasznie. Och!
Swoją drogą to kupić bandaż w Danii to dopiero wyzwanie! Tak, tak, drogi czytelniku – to nie Polska, w której można po podejściu do okienka kupić dowolny bandaż bez żadnych utrudnień… Tutaj w aptece musisz podejść do maszyny, wziąć bilecik, poczekać na swoją kolejkę, po czym podejść do ’stoiska’, przy którym obsłuży Cię starsza kobieta, nie mająca pojęcia o języku angielskim. Ty natomiast w tej chwili starasz się wyjść z siebie i stanąć obok, żeby jej wytłumaczyć o co chodzi. Pomyślisz – spytam jakąś inną farmaceutkę – ‘młodsza, to i pewnie angielski zna’.. I z tym to nie do końca taka sielanka. Pani po 5 minutach wyjaśnień przynosi 3 wyglądające na megadrogie elastyczne bandaże na kończyny. Toteż tłumaczę, że potrzebuję tani szit na halloween.. Ok – takiego tu nie mają – najtańszy jest po 16 koron z materiału gorszego niż gaza wyjałowiona. Konkluzja? Wybierając się na Halloween do Danii, weź ze sobą bandaż. A najlepiej 2 albo 3.
Powracając do tematu – jak już wspomniałem wena nas ogarnęła piątkowego wieczoru, przed wyjściem do klubu. Patrycja jak na zombie przystało ucharakteryzowała się na medal. Wyszło jej to tak naturalnie, że chyba musi to częściej powtarzać. Artyom natomiast dołożył wszelkiego wysiłku aby wyglądać na zranionego pacjenta szpitala psychiatrycznego, kiedy to ja przygotowywałem siebie w “mumijny” sposób.

Aby wspomóc nasze starania postanowiliśmy spożyć “Christmas Beer” . Jako, że dzień ten (30.10) jest świętem w Danii, kiedy to pojawia się w sklepach świąteczne piwo – musieliśmy także uczcić ten fakt. Od teraz zaczną się pojawiać tutaj świąteczne ozdoby, a także ludzie nieco bardziej podchmieleni (gdyż “Christmas” ma aż o 1% więcej alkoholu) niż zwykle

Zwarci i gotowi na szaleńcze imprezowanie wyruszyliśmy przemierzając mroczny lasek, który dzieli nas od szkoły.


Jedno trzeba przyznać, postaraliśmy się tu niemal wszyscy, dzięki czemu w Down Under panowała istnie mroczna atmosfera.
Parę alkoholowych trunków później Patrycja latała dookoła z aparatem fotografując się z wszystkimi bardziej i mniej żywymi ludźmi. W międzyczasie ja wymiatałem w piłkarzyki. Drużyna z węgierską koleżanką Judith, którą tworzyliśmy była tak dobra, że nie było nam równych. Yeah! Pytanie tylko – czemu jestem taki dobry dopiero po kilku piwach … Hmm …
Zdjęć udało się napstrykać z jakieś 400. Te najciekawsze możecie podziwiać -> TUTAJ
Zabawa była przednia, a wspomnienia z niej pozostaną na długo. Z niecierpliwością oczekujemy kolejnych
Wracając do domu (nieco wcześniej niż imprezowy zwierz Pat) z belgijskimi znajomymi praktykowaliśmy wampirzo – wschodnio-europejski akcent. Byliśmy nieźle podchmieleni, toteż nasz bełkot był jedyny i niepowtarzalny. Ku naszemu zdziwieniu spostrzegliśmy ni stąd ni zowąd materac i rower tuż obok szkolnego parkingu. Toteż wyskakaliśmy się, powydurnialiśmy, a ja przygarnąłem rowerek, który sobie ot tak leżał, porzucony. Postanowiłem okazać swoją dobroć i zaopiekowałem się nim. Tak wiem, zacne zachowanie. Spróbowałem nim przejechać kilkadziesiąt metrów z eskortą Oliviera, który popychał mnie jak leciałem na którąś ze stron
Hmm do teraz mój rowerek spoczywa w piwnicy Lizy i Franczeski, bo nie wiedziałem, która piwnica nasza
Oj, oj – nasze bachanalia nie mają końca… Trzeba się w końcu wziąć za naukę
PS.
Parę dni temu zrobiliśmy pizzę! I żyjemy! Kolejna misja zakończona sukcesem. Podziwiajcie:

Po dzikiej imprezie Pub Crawl Awards’09, spaniu do południa oraz lenieniu się jak nigdy (:P), zdecydowaliśmy się na coś ambitnego – dalsze zwiedzanie Dani. Zabrawszy ze sobą naszego łotewsko-ruskiego kolegę oraz uwielbianą przez tłumy belgijkę (taka ironia, dla niezaznajomionych z sytuacją) wybraliśmy się do Esbjerg. O tak! To tam jest Morze Północne (o dziwo, brudniejsze niż Bałtyk). Zaczęliśmy jak zwykle od zatoki, wiało – jak to nad morzem. Potem w poszukiwaniu innych atrakcji natknęliśmy się na 4 białasów (zdj. poniżej), którzy to mimo imponujących rozmiarów mieli przeróżne braki anatomiczne
Artyom i Filip głównie skupiali się na nie zwracaniu uwagi na ową belgijkę i ignorowaniu jej irytującego zachowania, co swoją drogą było dość zabawne – zobaczyć gotującego się wewnątrz Filipa – bezcenne. No cóż..
Potem poszliśmy na wieżę; jakiś śmieszny chłopczyk wziął od nas po 15 koron za wejście na szczyt (które to miało być worth seeing), pobiegaliśmy po schodach, parę głupich zdjęć i rysunków i w dalszą drogę. Na miasto.
Oczywiście, że jako jesteśmy w Dani, na ulicach nie było nikogo. NIKOGO.
Jak zwykle, głupawka dosięgnęła nas w najmniej oczekiwanym momencie, a na uspokojenie wybraliśmy się do Maca.
Dalej sobie zwiedzaliśmy i takie tam.. w sumie nic nadzwyczajnego.. ale koniec naszej wycieczki przyniósł nam mnóstwo emocji! Cóż to by był za dzień bez przykrych niespodzianek! Oo tak.. otóż Twingo odmówiło posłuszeństwa. ‘How come?’ powiecie.. no cóż.. ‘no one knows’.. ani nie zamrugało, nie zaświeciło, nawet się nie otworzyło.. Filip w ramach paniki oszalał, chciał porzucić wóz i wracać pociągiem (eh faceci szybko się poddają), ale na nasze szczęście dorwaliśmy jakiegoś pana, który gdzieś zadzwonił i w 15 s (komunikacja w Dani jest niesamowicie szybka) zjawił się inny pan z kablami. I co? Odpaliło :]
Motto na dzisiaj? Extreme situations forced us to extreme solutions.
Ahhh i rada dla zagubionych.. primo: by zapewnić sobie kilka lat życia więcej nie zapoznawaj się z Elien; secundo: nie sugeruj się pomysłami Filipa, gdy ten jest w napadzie paniki.
Dziś na tyle.
Postanowiliśmy dzisiaj wykorzystać okazję na ponowne odwiedzenie sławnego duńskiego parku rozrywki, ponieważ zostały nam bilety z pierwszej wizyty.
Stwierdziliśmy, że trzeba zrobić zmianę w ekipie. Toteż zamiast koleżanki Elien (której osobiście nie mogę znieść) zabraliśmy Annelien. Teoretycznie różnica trzyliterowa, w praktyce ogromna. Tak… To był dobry pomysł
Fakt faktem, że dużo ludzi chce się z nami wszędzie zabierać … Za niedługo zaczniemy urządzać castingi
Legoland zaś jesienią równie ciekawy jak latem. Pomijając fakt, że schnie się dłużej po wodnych atrakcjach, a na roller-coasterze nieco bardziej wieje i ręcę zamarzają; to przynajmniej nie trzeba stać godzinami w kolejkach.

Teraz w końcu możemy się pochwalić, że udało nam się doświadczyć prawie wszystkich atrakcji, jakie mają w ofercie. Zaczęliśmy dzisiaj od wodnych zjazdów, dzięki czemu wszyscy byliśmy mokrzy, a wizje kolejnych szaleństw odzwierciedlają nasze miny poniżej:


Oczywiście nie obyło się bez roller-coaster’a, na którym byliśmy chyba z 4 razy, bo za każdym razem jak chcieliśmy zrobić funny faces, coś się nie udawało przy robieniu zdjęcia przez maszynę – to zamiast twarzy Annelien uwieczniło szalik z metką; to z kolei Artyom wyszedł jak upośledzony dziadek
Ostatecznie wybraliśmy najśmieszniejsze i najbardziej zabójcze ujęcie gdzie Patrycja pokazuje z przejęciem kartkę, którą trzyma Annelien (mająca minę jak lalka z sex-shopu), a za nimi siedzę ja w czapce ala “krasnoludek Śnieżki”, tuż obok naszego łotewskiego kolegi udającego chińczyka. Wszystko to trwało ułamki sekund, bo odbyło się to w chwili, kiedy zjeżdżaliśmy wagonikiem z oszałamiającą prędkością. Zdjęcie jest naprawdę “hilarious” … Sami powiedzcie:

Trzeba niestety przyznać, że tym razem Power Builder – jeden z naszych faworytów ostatnio – zawiódł … z 12 ‘rąk robotów’ tym razem sprawnych było tylko 4. A i adrenalina już nie ta sama … Po jednej przejażdżce sobie odpuściliśmy.
Natomiast największych emocji dostarczył konkurs strażacki, gdzież to startowaliśmy w czwórkę z pięcioma innymi drużynami. Polegało to na tym, że na czas trzeba było wskoczyć do wozu strażackiego, pompować go z całych sił, żeby się szybko przemieszczał, kolejno jak już się nim zaparkowało – wyskoczyć raz dwa i pompować wodę, żeby ugasić ‘pożar’. Wszyscy byliśmy tak zdeterminowani i żądni wygranej, że oczywiście zostawiliśmy konkurencje daleko w tyle. Daaaaaa! Mało nie umarłem, przez ten morderczy wysiłek fizyczny. To już nie te lata
Naszym motywem przewodnim dzisiaj była inspiracja królową angielską – toteż machaliśmy do wszystkich poruszając zgrabnie rękoma będąc przy tym śmiertelnie poważnymi. Pytanie teraz … czy to był nasz zamiar? Czy może bardziej udawanie upośledzonych, hmmm

Ubaw był przedni. Głupawka zbierała żniwa w naszych kręgach.

Wracając zahaczyliśmy o koldingowego McDonalds’a, dzięki czemu poczuliśmy się jak w niebie. Prawdopodobnie było to przyczyną ożywienia Annelien, która zaczęła śpiewać arie i mixy piosenek
Jedno trzeba jej przyznać – głos ma wow
To się troszkę zrelaksowaliśmy przed jutrzejszym maratonem z finansami – 4 godziny; marketingiem i hrm’em. Jednym słowem – zabójcza dawka nudy
No tak – minęły zaledwie 3 dni odkąd jesteśmy ponownie w Kolding, a przygody same nas szukają i znajdują w najmniej oczekiwanych momentach.
Wczoraj w nocy postanowiliśmy odebrać naszych łotewskich znajomych z portu w Travemünde. Jako że miejsce to znajduje się ok. 280 km od Kolding stwierdziliśmy, że nie warto iść spać, skoro i tak mamy tam być na 4 rano. Toteż obejrzeliśmy “House’a” aplikując sobie dawki kofeiny.
280 km. Teoretycznie nie dużo, aczkolwiek w środku nocy dystans ten przybiera większy wymiar. Zmęczenie daje o sobie znać. Monotonia autostrad, na których ciężko doszukać się jakiejkolwiek dziury (co by ją ominąć chociaż i urozmaicić zarazem podróż) – jest potęgowana przez wymijane tiry.
Punkt docelowy – wstępnie Lübeck, potem milion zjazdów na Travemünde. Teoretycznie… W praktyce to jedna wielka improwizacja. A wujek Google, udostępniając nam swoje mapy zapomniał, że nie jesteśmy zbytnio obeznani w ulicach. Bramki, przez które wpuszczane są samochody na trasie do portu, okazały się płatne. Toż to niespodzianka… Szczególnie dla 2 polaków w Twingu, którzy nie wzięli ani jednego Euro ze sobą. Stanęliśmy przed szlabanem, a tuż za nami niecierpliwy pan w tirze. Okazało się, że moja karta płatnicza nie jest akceptowana w tego typu miejscach, co było niemal przyczyną zawału. Na szczęście okazało się, że możemy zapłacić w koronach. Uff.
Gdy dotarliśmy do Skandinavienkai (wyżej wspomnianego portu) naszym oczom ukazał się nowoczesny budynek, w którym drzwi otwierają się samoistnie jak tylko zbliżysz się na odpowiednią odległość. Miałem okazję odświeżyć swoje lingwistyczne umiejętności i spytać kiedy przypłynie statek z naszymi Łotyszami – niestety Pani nie była pomocna i mimo, że siedziała w recepcji Office’u nie zdołała udzielić nam żadnej odpowiedzi. Pozwiedzaliśmy sobie w takim razie HafenHaus, w którym było przytulnie, nowocześnie, przestronnie, a co najważniejsze CIEPŁO!
![]()

Niestety mimo iż przybyliśmy na czas musieliśmy czekać dobre 2 godziny, kiedy to dostaliśmy smsa, że będą za 5 minut, które w rezultacie przeistoczyły się w 30.
W drodze powrotnej pogubiliśmy się nieco. Jednak same znaki drogowe nie są kluczowe, kiedy nie ma się poj
ęcia o rozmieszczeniu poniektórych miast w Niemczech. Mieliśmy złudną nadzieję, że gdy będziemy kierować się na Hamburg ujrzymy oczekiwany zjazd na Flensburg i wszystko będzie piękne…. Nic bardziej mylnego. Zanim włączył się GPS w telefonie byliśmy już w zakorkowanym centrum Hamburga. 30 minut później naszym oczom ukazał się biały łabędź, który to stał sobie pośrodku jezdni, sprawiając, że wszystkie samochody z obu stron ustawiały się w kolejce, aby go wyprzedzić. No cóż – nie jest to codzienny widok, nie da się ukryć – szczególnie kiedy objawia się takie duże ptactwo po 24 godzinach bez snu.
Flensburg! Po paru godzinach naprzemiennego zasypiania za kierownicą postanowiliśmy zajechać do Scandinavian Parku, gdzie można kupić wszystko kilkakrotnie taniej niż w Danii. Tak więc wszyscy w czwórkę skorzystaliśmy z okazji i obkupiliśmy się w piwa, pepsi i takie tam, dzięki czemu Twingo zdobyło kolejne kilkanaście kilo dodatkowego bagażu. Musimy tam jeszcze skoczyć na zakupy. Koniecznie.
W tej chwili nie wiem czemu, ale miałem wenę aby coś napisać, żeby upamiętnić to ’szaleństwo’ przez które opuściliśmy 8-godzinny dzień w szkole, mimo iż przygotowaliśmy się wczoraj – o zgrozo! pierwszy raz!
19:25 – zaraz wychodzimy do DownUnder (szkolnego pubu), żeby poćwiczyć umiejętność grania w bilarda i piłkarzyki, a później odwiedzimy naszych wdzięcznych kolegów, którzy to zaprosili nas na kolację i piwo
Z powrotem w Kolding.
Wyruszyliśmy wczoraj (tj. piątek 16.10) o godzinie 11 z Jaworzna, jako że od godziny 9 zakupom nie było końca. Lidlowanie i biedronkowanie w pełni!
Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze na obiadek, którym były placki ziemniaczane bez żadnych dodatków od jędzowatej Pani, gdzieś za Legnicą. Oczywiście jak to w Polsce bywa – w tegoż typu miejscach można palić przy wszystkich, toteż pewni panowie skorzystali z tej okazji przy naszym stoliku…
Kolejny przystanek podczas naszej podróży był za Berlinem, gdzie ku naszej uciesze pożywiliśmy się pysznym jedzonkiem z Mc Donalds’a . Ceny nieco bardziej przyziemne niż w Danii.
Stworzyliśmy ‘dziennik z podróży’, który to pewnego dnia ujrzy światło dzienne i stanie się bestsellerem. Natomiast do tego czasu będzie sukcesywnie zapisywany podczas naszych voyage’y
Pogoda niestety nie sprzyjała – deszcz ze śniegiem, mocny wiatr … W nocy takie warunki są dosyć drastyczne i ograniczają szybkie przemieszczanie się, dlatego też nasza podróż ponownie przekroczyła 12 godzin. Niespodzianką były dla nas warunki atmosferyczne w Danii. Oczywiście tutaj wszystko jest możliwe i realne – tak więc byliśmy przygotowani psychicznie na najgorsze! Ale się rozczarowaliśmy i to miło. Pogoda jest cudowna – słoneczko, cieplutko, niebieskie niebo… Oby jak najdłużej. Nie chcemy mokrego śniegu!


Witaj Koldingu ponownie
Powrót do Polski na 7 dni.
Podróż przebiegła nadspodziewanie pomyślnie. Zamiast 13-stu godzin – jechaliśmy 10. Berlin ponownie zrobił wrażenie, tym razem ukazując swoje wdzięki w nocnej oprawie.

Po przekroczeniu granicy niemiecko-polskiej doznaliśmy niemałego wstrząsu w związku z polskimi drogami … Zdążyliśmy się odzwyczaić od nierównej, a wręcz dziurawej nawierzchni… Toteż zamiast jechać 130km/h musieliśmy się ograniczyć do 80 … Co też nieco opóźniło nasz przyjazd.
Wiedziałem, że Twingo na rezerwie nie przejedzie 100 km i się nie pomyliłem! Po 80 km brakło paliwa i doturlaliśmy się z prędkością 20km/h do najbliższej stacji BP. Ależ to fuksa mieliśmy, że nie było niemal nikogo na drodze
Polska?
Tak, teraz dopiero zdałem sobie sprawę, że to ludzi i polskich cen było mi tylko brak… Prawda jest taka, że już na obrzeżach Kolding zaczęliśmy tęsknić za tym miasteczkiem …
Dzięki temu wyjazdowi uświadomiłem sobie, że Polacy to naprawdę w gruncie rzeczy zawistni ludzie. Bez obrazy drogi czytelniku. Jestem też niemal całkowicie pewien, że w przyszłości to nie w tym kraju osiądę na stałe.
Ciekaw jestem kiedy, swoją drogą, nasza ojczyzna zacznie nadążać za światowymi standardami…
Siedzę właśnie z butelką “Delirium tremens” – belgijskiego mocnego piwa, które to dzierżę w dłoni dzięki uprzejmości koleżanki Annelien. Słucham ’soppy music’ i sobie rozmyślam. Tak, właśnie – marnuje egoistycznie czas, który mógłbym spędzić w inny sposób. Ale chyba właśnie dziś, właśnie teraz potrzebuje zostać ’sam na sam’ ze swoimi myślami
To chyba ten czas, w którym warto pomyśleć o swoim życiu… To chyba ten czas, kiedy należy zrobić rewoltę swojego systemu wartości.
