Duńskie Examy
Jako, że po sylwestrze mieliśmy tylko 5 dni do egzaminów, na Violvej 10 zagościła chwilowa panika i ‘geek mode’. Zaczęliśmy intensywnie powtarzać wszystko co się da i pakować jak najwięcej informacji do komputera, który oczywiście można mieć ze sobą na egzaminie w Danii. Jedyną restrykcją jest niekorzystanie z zasobów internetu. Easssy.
1. exam – Marketing i Statystyka – statystyka co ciekawe poszła idealnie, dzięki przygotowaniom naszym wspaniałym
Marketing średnio, bo nie przyuważyłem statystyk na których miałem oprzeć swoją teorię – ale też nie było źle. Łączny wynik – 7.
2. exam – Finanse i Ekonomia – o i ten egzamin był mi najbardziej na rękę. Finanse były trywialne, a ekonomia łatwa do zdefiniowania. Łączny wynik – 10.
3. exam – Komunikacja, Organizacja, Logistyka – też nienajgorzej. 7.
4. exam – Duńskie prawo biznesowe – i tu udało się zdobyć tylko 2. Całe szczęście, że wogóle to zdałem. Masakra…
Zastanawiam się, czy istenieje coś gorszego niż to … ale nic mi na myśl nie przychodzi.
To teraz gwoli ścisłości duńska skala ocen:
-2 – jak polskie 1.
0 – jak polskie 2.
2 – jak polskie 3.
4 – pl: 3,5
7 – pl: 4
10 – pl: 4,5
12 – pl: 5
Tiaaa – poplątane to trochę.
København
W ramach odpoczynku po examach zaplanowaliśmy sobie parodniowy pobyt w Kopenhadze.
Oczywiście stały skład: Pat, Art, Annelien & Moi.
Start – piątek 08.01.2010, ranek (wręcz środek nocy)
Przekroczenie mostu dzielącego Fyn z Sjalland – kosztowało (ok.) 240dkk w jedną stronę. Most zwany: The Store Balt bridge; przejechaliśmy w ponad 20 minut. Długi bardzo.

Po przyjeździe zaparkowaliśmy Twingusia tuż obok naszego youth hostelu i poszliśmy szukać „copenhagen card” – która kosztuje zaledwie 200 koron, a dzięki której można zwiedzić niemal wszystko w Kopenhadze za darmo.Także transport, typu bus, metro, pociąg na terenie Kopenhagii jest darmowy, gdy ma się tą kartę.
Jako, że jesteśmy supersprytni, a karta jest tylko ważna jeden dzień postanowiliśmy poczarować trochę.
W puste miejsce, gdzie powinno wpisać się datę, godzinę i imię i nazwisko postnaowiliśmy wpisać dziwnymi cyframi datę naszego przyjazdu, aby później móc z 15-tki zrobić 16-tkę. A godzinę wpisaliśmy 11, coby to i w niedzielę, można było użyć kartę (która jak już wspomniałem była ważna 24 godziny) – toteż zmieniliśmy z 11 na 14, dzięki czemu zobaczyliśmy jeszcze parę rzeczy w niedzielny poranek.
Kopenhaga przywitała billboardem

Nasz dzień number 1. w Kopenhadze zaczęliśmy od zwiedzania muzeów.
Na pierwszy ogień poszło „Museum of Modern Art”.




Oczywiście i tu możemy zaobserwować ekologiczne wpływy…

Kanał, którym zwykle powinny kursować stateczki rejsowe zamarzł … no cóż – zima w końcu.


W ciągu pierwszego dnia, biegając niczym szaleni zwiedziliśmy, prócz wyżej wspomnianego, muzea: sztuki, designu, Żydowskie (ale super krzywe ściany były … foto poniżej), jakieś królewskie coś czego nazwy nie pamiętam. Udało nam się także zrobić kilka rundek bezzałogowym metrem mknącym z dosyć sporą prędkością.


Niestety nie zdążyliśmy zwiedzić czarnego diamentu, jednego z najsłynniejszych obiektów duńskiej stolicy. Następnym razem będzie na drugim miejscu „must see”, tuż po Tivoli Gardens, które w styczniu jest zamknięte.


Następnego dnia, mimo pewnych sporów „gdzie? jak? po co?” itp. udało nam się dotrzeć do najsłynniejszej duńskiej syrenki, która notabene jest wielkości małego człowieczka.. Troszkę rozczarowanie … Szczególnie, że wiało niemiłosiernie. Zimno było niesamowicie. Wszystko przez nadmorski wiatr, który potęgował ujemną temperaturę.


Chcąc przycupnąć gdzieś, gdzie można nabyć gorącą kawę, znaleźliśmy się w muzeum faszyzmu. WTF? Przynajmniej ciepło było …




Najbardziej charakterystyczne zestawienie w Kopenhadze – I BIKE CPH. Soooo true…

Po lokalnym zwiedzaniu wszystkiego dookoła, dotarliśmy do zatoczki, z której ruszały rejsy poprzez całą niemal stolicę. Postanowiliśmy, kuszeni zniżką karty kopenhaskiej, zakosztować zimowego rejsu, co okazało się najgorszym pomysłem ever. Przez ten boat-trip musiałem rozmrażać się przez 15 minut w muzeum Guinessa, gdzie podziwialiśmy fajowe woskowe odlewy rekordzistów i specjalnie przygotowanych dla odwiedzających rozrywek.








Następne w naszej kolejce do obejrzenia i zwiedzenia było (darmowe, dzięki superkarcie) muzeum Andersena.




Padając już niemal ze zmęczenia przemierzyliśmy kopenhaskie centrum, dzięki czemu odkryliśmy nocne uroki tego miasta.



Przed ostatecznym powrotem do hostelu wstąpiliśmy do kinowej kawiarenki (stylizacja była istnie kinowa) i wypiliśmy po taniej i pysznej gorącej czekoladzie.

Późnym wieczorem w ramach urozmaicenia czasu i aktywnego wypoczynku zeszliśmy do podziemi naszego Danhostelu, aby rozegrać w czwórkę kolejny turniej ping-pongowy. Ach, ale frajda była.
Zagraliśmy też w jakąś dziwną grę karcianą, która polegała na brutalnym przykładaniu ręki na karty, co było związane z kolorami i kształtami figur na kartach… Nie pamiętam dokładnie jak się nazywała ta gra, ale z pewnością była wciągająca i męcząca, a potem nauczyliśmy naszych znajomych grać w Makao.

Po kolejnej lodowatej nocy w naszym hostelowym pokoiku, z samego rana wymeldowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku browaru Carlsberga.
Z zewnątrz nie wyglądał imponująco, ale miłą niespodzianką było dostać ulotkę w Polskim języku. Najbardziej rozczarowana była Annelien, bo ze wszystkich 5 języków, którymi władała dostała tylko informację po angielsku
Pomijając setki różnych piw z całego świata, które mieniły się w różnych kolorach za szklanymi gablotkami w całym browarze wart uwagi był cytat widniejący na ścianie:
„Beer is proof that God loves us,
and wants us to be happy.”
Benjamin Franklin

Hmm coś w tym jest ![]()
Oczywiście, skorzystaliśmy z okazji i odebraliśmy darmowe piwa, z czego szczęśliwemu kierowcy trafił się ohydny bezalkoholowy Tuborg, bleeeeh.




Póżniej tylko stop, żeby popodziwiać widoki z wieży w środku miasta i zwiedzenie Carsbergowskiej Glyptoteki. Ponoć Carlsberg z synem wpakowali w nią kupę kasy… Widać … Ale trochę przytłaczające jest zwiedzanie takich olbrzymich powierzchni






Drogę powrotną zaplanowaliśmy na niedzielne popołudie, gdyż Artyom miał egzamin w poniedziałek i obibok jeden nie mógł się wcześniej pouczyć, bo on zawsze uczy się w wieczór przed egzamem. Argh!
Projektolandia
Po naszej wycieczce do stolicy Danii, czekały na nas do zrobienia dwa projekty.
Jeden notabene miał deadline przed Nowym Rokiem, ale oczywiście wszyscy olali głupią Maję z HRM’u, toteż nikt się specjalnie nie stresował tym projekcikiem.
Jakkolwiek – zostaliśmy zmuszeni do zrobienia go – co też poczyniliśmy robią to na ‘odwal się’. Argh! Nawet tego przedmiotu nie mieliśmy podpisanego w umowie z uczelniami. Nasza nienawiść do tej kobiety narasta wciąż na samo wspomnienie jej imienia.
Pomyśleć, że kiedyś HRM (zarządzanie zasobami ludzkimi) był moim ulubionym przedmiotem na politechnice…
Kolejny projekt mieliśmy za zadanie zrobić przed naszym wyjazdem do Polski 21.01.2010.
Był to kolejny duży projekt, który polegał na opracowaniu pytania odnośnie firmy Solar produkującej elektroniczne badziewia.
Stwierdziliśmy, że możemy sobie popracować nad takim tematem (nie pamiętam już dokładnie jak to sformułowaliśmy…) Środowisko konkurencyjne solara i jego wpływ na tą firmę w Polsce.
Hmm wszyscy nad tym pracowali tydzien, a my usiedlismy i zrobilismy te kilkanascie stron w jeden dzien, po czym oddalismy projekt i mielismy jeszcze pare dni na poleniuchowanie przed wyjazdem.
Calkiem, calkiem pozytywnie
Pożegnania
Wszystkim zdążylismy zakomunikować, że już na stałe wyjeżdżamy… Najbardziej przykro było naszym sąsiadkom z Belgii .. Mało się nie popłakały. Tak nam smutno było, że na imprezie pożegnalnej w Down Under – szkolnym pubie, mieliśmy jeszcze okazję do zastanowienia się troszkę nad tym wszystkim.
Następnego dnia – było to 2 dni przed wyjazdem do Polski – kiedy to już zdążylismy wszystkich przygotować na nasz wyjazd (i co więcej! oddać te cholernie ciężkie książki do biura), do Patrycji zadzwoniła mama i przekonała ją, że warto zostać … Patrycja zaczęła się wahać i co za tym idzie – zaczęła mnie przekonywać do zostania…
Następnego dnia po moim powrocie od „drugiej połówki” – spontanicznie rzuciłem – „Pat zostajemy” i tak właśnie oto zaczęła się ponownie nasza przygoda z Danią – part 2.
Wiemy o tym bardzo dobrze, że jakbyśmy podjęli inną decyzję – żałowalibyśmy dużo bardziej ![]()
Hmm dzięki naszej spontanicznej decyzji udało nam się wprosić na pożegnalną kolację do węgierskich koleżanek i co logiczne – dopiero po zjedzeniu boobs’ów z kurczaka (jak to Judith powiedziała) zakumonikowaliśmy im o zostaniu na kolejny semestr.
Polsza

Nasza podróż, mimo prognoz, że pogoda ma być niekorzystna na trasie – przebiegła nadspodziewanie szybko i pozytywnie.
Doznałem ponownego szoku kulturowego, tym razem związanego z przybyciem do kraju…
Pierwszy stop – wizyta w tanim, smacznym i niezawodnym KFC. Polski język, polskie pieniądze, polska mentalność – czyli coś czego nie uświadczyłem przez ostatnich parę miesięcy. Przytłoczyło mnie troszkę …
3 tygodnie w Katowicach, 3 tygodnie na zaliczenie studiów dziennych. To zestawienie skutkuje niemiłymi konsekwencjami w postaci, braku czasu na spotkania ze znajomymi, za co ogromnie przepraszam!
Obiecuję poprawić swoje haniebne zachowanie
Na całe szczęście, dzięki pomocy Karola S. wszystko poszło zgodnie z planem. (Dzięki Karol! Dude, u rock!) I tak oto jestem na kolejnym semestrze dziennych, yay.
Hmm w sumie myślałem, że podczas tego pobytu będę miał okazję porozmawiać choć z siostrą czy jej dziećmi dłużej niż 15 minut podczas szybkich wizyt, ale najzwyczajniej w świecie się przeliczyłem…
Mówcie co chcecie, ale naprawdę odczuwam kosmiczną różnicę po pobycie w Danii. Ludzie są całkiem inni. W Danii jest brak formalności, biurokracji, która niestety uprzykrza życie.
Straciłem nerwy niejednokrotnie na studiach, czekając na wpis, czy na egzamin. Wykładowcy w Polsce mają Cię gdzieś. Jesteś jednym z miliona nic nieznaczących studentów… To naprawdę przykre, że różnice wyrastające na wyżyny Bóstw i śmiertelników na tym stadium potrafią, aż w takim stopniu człowieka zirytować. Co tym ludziom zależy być nieco milszym, nieco bardziej uprzejmym i traktować studenta choć troszkę jak równego sobie. To też człowiek … Tyle, że młodszy i bez Twojego wykształcenia i doświadczenia, wykładowco.
Dlaczego za granicą (tak, mam tu na myśli Danię, w której studiuję) wykładowca robi co może, aby iść uczniowi na rękę? Przejmuje się jego losami, a gdy ma problem pomaga i szuka wspólnej solucji? Dlaczego biurokracja tutaj jest na tak nikłym stopniu, że prawie jej nie widać? …
Nie chcę przez to powiedzieć, że Dania jest najlepsza i wogóle, bo nie jest. Jest tu dużo rzeczy na które można ponarzekać… Tyle, że nawet jak występują, nie irytują aż tak bardzo jak te w Polsce. Hmm…
Wyjeżdżając, smutno było niesamowicie zostawiać wszystko i wszystkich, do których zdążyło się już przyzwyczaić i przypomnieć jak to było przed wyjazdem. Ale cóż… Grunt to mieć sentymenty pod kontrolą, czyż nie?




























































